Napisane przez: marszoblog | lipiec 14, 2008

Supertramp

“Into the Wild” (czyli “Wszystko za Życie”, bądź bardziej poprawne tłumaczenie “W dziczy”) to opowieść o życiowych wyborach Christophera McCandless’a. Amerykanie, jak żaden inny naród, potrzebują legend, potrzebują ognia dla swojej mocnej wiary w bohaterów, w osiągnięcia z pozoru niepodparte logiką, ale żywe i autentyczne. Film dojrzewał przez dziesięć lat, klątwa czasu jednak pęka i rodzi twór wyjątkowy, historię budowaną światopoglądem Thoreau i Londona.

Nie chcę opowiadać tej przygody, ale jest coś w pomysłach, do których wokaliści wielkich kapel piszą ścieżki dźwiękowe, chcąc uczestniczyć w projekcie (tutaj Eddie Vedder wokalista “Pearl Jam”), kiedy aktorzy bez zawahania decydują się na odchudzanie (film jest pożegnaniem osiemnastu kilogramów Emile’a Hirsch’a), kiedy Ci sami aktorzy nie potrzebują pomocy kaskaderów, bo grana postać wrasta w nich zbyt mocno, w końcu kiedy w grę angażują się osoby autentyczne, które zetknęły się z Chrisem w jego walce o siebie.

Nie chcę też pisać recenzji, ponieważ film doczekał się już kilku dobrych i jednej kapitalnej, pod którą się podpisuję. Film igra z emocjami, chce wywołać efekt i rozsiewa swoje przesłania. Po obejrzeniu czułem się zmuszony do działania, zmuszony do podjęcia wyzwań, zminimalizowania potrzeb, to zabieg sprytny i potrzebny widzom, jednak pomysły Chrisa nie są godne naśladowania, dlaczego? – wytłumaczy kapitalna recenzja. Mało jest filmów tak ciekawych estetycznie, jest na co popatrzeć, jest się czym zachwycić, kadry bawią się w swój własny konkurs kadrów, gdzie każdy ma sporo do zaoferowania, moim faworytem jest scena kiedy Chris przedziera się przez puszczę, balansuje na belach powalonych drzew.

Na potrzeby marszobloga film również posiada pewne wartości. Jest to przecież “kino drogi”, eksploruje się nie tylko przyrodę, ale również siebie w niej. To opowieść o podróży, ale obciążonej bagażem wspomnień i doznanych cierpień, to wędrówka terapeutyczna, ma aspiracje do oczyszczenia z ucisków cywilizacyjnych. Jest cel, ale są też ludzie, którzy są niezbędni by do niego dojść, choć wszystko przedstawione jest z użyciem środków socjotechnicznych – to i tak wymowa jest poważna, zmuszająca do podsumowań.

Natura jawi się jako czynnik, który wydobywa z człowieka pouczające refleksje. Bohater zapomina, że survival to sztuka, której się trzeba nauczyć, idzie i podnosi poprzeczkę, nie wiedząc, że warunki (lepsze czy gorsze) mogą się wydłużać w ciągi, a no to przygotowany nie był. To świadectwo, że minimalizm, w skrajnej postaci, to tylko mit, rzecz naiwna i bolesna w praktyce. Chris jednak czegoś dokonał – poznał swoje prawdziwe potrzeby. Jak jeżdżę na rajdy i spływy siłą rzeczy poznaję swoje ograniczenia, uczę się cierpliwości, pokory, pewności siebie, rozsądku, a i tak za każdym razem dochodzi inna cecha, inna korekta, zdaję sobie sprawę, że Chris, poza wyzwaniem, przede wszystkim poznał siebie, zebrał zaliczkę, której nie zdążył spłacić społeczeństwu. Warto poświęcić dwie godziny na ten film.

Pierwsze wędrówki szlakiem Chrisa już miały miejsce, jedną z nich jest opis tej relacji.


Odpowiedzi

  1. Ładne zdjęcia:) Ale sam film nudny:} Za mało się strzelają;);p

  2. O ile pamiętam to Twój ulubiony Run Forrest Run też taki wystrzelany nie był, a tempo akcji podobne było do tego filmu, co więcej oba podobnie chwytają za emocje odbiorcy:)
    A strzela mimo wszystko trochę, do zwierząt i w szale rezygnacji…

  3. Też pisałem już o tym filmie. Co do tytułu to chyba raczej “W dzicz” w sensie planów podroży “w dzicz”. A polski tytuł filmu wziął się z tytułu książki Krakauera. A ten z kolei jest efektem myślenia ‘marketingowego’. Pierwszym bestsellerem tego autora było “Wszystko za Everest”, wiec pomyśleli ze “Wszystko za życie” skojarzy się czytelnikom tej pierwszej pozycji. BTW książkę czyta się koszmarnie…

  4. W Forreście przynajmniej jakaś wojna była, sporo humoru no i nogi amputowano nawet;)


Zostaw odpowiedź

Twoja odpowiedź:

Kategorie