Słowa są nośnikami informacji, to oczywistość, ale nośnikami ułomnymi, często wtórnymi i zubażającymi doświadczenie, które przeżywane znaczy więcej dla jednostki niż to zamknięte w słowach. Rzadko używamy słów dla samych siebie, służą one za przekaz dla innych osób, są zatem w pozoru narzędziem, które możemy jako użytkownicy języka, modelować na dowolne sposoby. Ale czy jest tak naprawdę?
Żadne doświadczenie nie jest pozbawione wpływów słów, ponieważ możemy powiedzieć, że człowiek myśli słowami. Pojawia się problem pewnych sytuacji, kiedy to mówimy coś innego, niż mieliśmy to na myśli? Kiedy opisujemy relację z podróży, a ona nie oddaje prawdy przeżycia, jakie nam towarzyszyło.
Istnieje kolejny problem, słowa noszą bagaż nacechowania, rzadko są klarownie zrozumiałe i jednoznaczne. Wiąże się to z wyobraźnią użytkowników języka, dla jednaj osoby komunikat jest dobitnym stwierdzeniem, dla innej już obrazą i ingerencją w wolność. Dlatego pisanie relacji może być dla mnie próbą wyrzucenia wrażeń, zaś dla czytelnika efektem próżności autora. Wypowiadane słowa wywołują stany emocjonalne, dostosowane do danej osoby, prawdopodobieństwo pokrycia się oczekiwań na linii autor-czytelnik jest bardzo znikome. Zdanie: „Jadę na WSS” ma ograniczoną paletę odczytań, ale już zdanie: „Jadę pewny swego na WSS” to już dawka informacji pozatekstowych, które mogą być różnie odczytane, dla przykładu – czytelnik myśli, że używając frazy „pewny swego” mam na myśli dobre przygotowanie i nadzieję na miejsce w czubie, a autor mógł użyć frazy w sensie, jestem „pewny swego”, czyli wiem, że przygotowanie było średnie i wobec tego jadę tylko, żeby podszkolić nawigację, bez szans na wielkie ściganie. Kiedy jedna wypowiedź kreuje ze mnie mocnego zawodnika, druga poświadcza słabe zaangażowanie w dziedzinie, różne odczytania słów świadczą, że język jest w swojej naturze ułomny.
Porażka komunikatu jest spowodowana różnicą między znakiem, a jego desygnatem, odpowiednikiem słownym. Nie zawsze mówiąc o zjawisku, mamy na myśli to samo zdarzenie, co więcej, żeby mówić o jakimkolwiek zdarzeniu – to my musimy je przeżyć, nie może być ono wypożyczone, fikcjonalne (trwa dyskusja w humanistyce, czy osoby, które nie przeżyły holocaustu mogą go opisywać, rozszerzając temat, czy mogą pisać o podróżach osoby, które w rzeczywistości nie były w opisywanych miejscach? Wydaje mnie się, że tak, że jest to możliwe, kiedy włada się tworzywem języka, ale pojawia się przy tym problem lojalności, zatraca się zaufanie do słowa.).
Zaryzykuję stwierdzenie, że każdy szczegółowy opis, ewentualnie nasycony poetyzmami i złożoną składnią, jest szansą by doświadczenie było pełne i zbliżone do faktu, który miał miejsce, im więcej się urozmaici opis, tym jest on bardziej wiarygodny. Każde uogólnienie powoduje, że obraz traci swoją konkretność, na pewno będzie bardziej jednoznaczny, ale też ograniczy możliwości interpretacji. Można budować świat ze zbioru uogólnień, gdzie wszystko jest wprost i klarowne do bólu, ale wtedy też nie mówimy prawdą doświadczenia, a raczej żonglujemy gotowymi formami, które wiedzą jaki noszą komunikat, powoduje to sztuczność rozmowy i szablonowość myślenia. Wówczas jesteśmy ograniczani przez formy, one myślą za nas. Rozszerzając zagadnienie, wtedy mielibyśmy same naturalistyczne obrazy, możliwości przedstawienia abstrakcyjnego, surrealistycznego (itd.) się kurczą.
Ilość słów to także materiał do myślenia, jeżeli napotyka się na problemy w tekście – to albo z ciekawości chcemy wgłębić się w zawartą ideę, albo się zniechęcamy i nie dajemy szansy, aby tekst się bronił. Nie sugeruję, że co długie to dobre, ale długie może mieć sporo do zaoferowania, a słowo długie rozumiem jako obszerne, ale także jako szczegółowe i nasycone skojarzeniami.
Kolejnym zagadnieniem jest zasób słów, to on kreuje wypowiedź, jeżeli użycie bazuje na ograniczonych możliwościach – to opis siłą rzeczy nie zbliży się do doświadczenia, będzie traktował o temacie, ale tylko po łebkach. Pisząc relację prosta – ograniczam nie tylko sam tekst, ale również swoje przeżycia, samego siebie. Podporządkowując się komuś, odgórnie narzuconej lekturze, także rezygnuję z siebie. Myślę, że styl mówi o człowieku, ale nie powinien on być modelowany do sytuacji, to sprawia, że stajemy się bardziej przewidywalni, zależni od opinii. Tekst powinien pisać się sam.
Trochę moje pisanie wskazuje na to, że jestem przeciwny prostemu i komunikatywnemu (z pozoru) pisaniu, nie jest to moją intencją. Chcę wskazać możliwości pisania kreatywnego, które opiera się na samodzielnym myśleniu i pomyśle. Język nie powinien odwzorowywać doświadczenia, powinien w sposób twórczy je budować i urozmaicać. To, że nie podlegamy reakcjom warunkowym, różni nas od zwierząt, powinniśmy korzystać z procesów myślowych, jest to szansa, z której zbyt rzadko czerpiemy.
Chciałbym wierzyć, że nie istnieje odgórny narrator, który nam mówi jak mamy pisać i myśleć, a co za tym idzie zbliża nas do prawdy. W dziejach ludzkości już takie czasy były. Chciałbym wierzyć też, że człowiek posiada wachlarz cech indywidualnych, a tworzywo jakim jest język może dany charakter odsłonić. To nie styl ma nami kierować, to my powinniśmy go kreować.
Kuerti, ja też bym powiedział, że prawda opisu to proces, ale proces nieograniczony, czysty w intencjach i wyborze środków, proces płynny i zgodny z tym co podpowiada oko, proces oddania siebie poprzez słowo.
Nadal myślę, że temat nie jest zamknięty. Można sporo tutaj dodać i polemizować.



Witaj Karolu. Uważam, że Twoje dywagacje o niedoskonałości języka do opisu zdarzenia i intencji świetnie ilustruje poniższy cytat:
“Początek wyszedł mu nawet zupełnie nieźle.
“Do milicji. Doniesienie członka Massolitu Iwana Bezdomnego. Wczoraj wieczorem przyszedłem z nieboszczykiem M. Berliozem na Patriarsze Prudy…”
I natychmiast poeta zaplątał się, głównie z powodu tego “nieboszczyka”. Z miejsca zaczynało to wyglądać dość idiotycznie. Jakże to tak – przyszedłem z nieboszczykiem. Nieboszczycy nie chadzają na spacery. Doprawdy, uznają go za wariata, jeszcze tylko tego brakowało!
Doszedłszy do takiego wniosku, Iwan zaczął poprawiać tekst. Wyszło tak: “…z M. Berliozem, obecnym nieboszczykiem…” To również nie usatysfakcjonowało autora. Trzeci wariant okazał się gorszy od obu poprzednich: “Berliozem, który wpadł pod tramwaj…”, a tu jeszcze przyplątał się ten nikomu nie znany kompozytor o tym samym nazwisku i trzeba było dopisać: “nie z kompozytorem…”
Namęczywszy się z dwoma Berliozami, Iwan przekreślił wszystko i postanowił zacząć od czegoś bardzo mocnego, co natychmiast przykuje uwagę czytającego, napisał więc, że kot wsiadał do tramwaju, potem znowu wrócił do historii z odcięta głową. Głowa i przepowiednia konsultanta skojarzyły mu się z Poncjuszem Piłatem i, by całość wypadła bardziej przekonywająco, postanowił w całości przytoczyć opowiadanie o rzymskim procuratorze zaczynając od chwili, kiedy ten pojawił się w białym płaszczu z podbiciem koloru krwawnika pod kolumnadą pałacu Heroda.
Iwan pracował z zapałem, kreślił, wpisywał nowe słowa, spróbował nawet narysować Poncjusza Piłata, a potem stojącego na tylnych łapach kota. Ale rysunki niewiele pomogły, im dalej, tym bardziej niezrozumiały i zawiły stawał się raport poety.”
Może cytat trochę przydługi ale tak mi się podoba, że nie mogłem się oprzeć.
Przez: wujek w lipiec 9, 2008
o 6:38 pm
Fajny przykład:) pomyśleć, że z podobną wyobraźnią muszę się codziennie zmagać;) przez co nasiąkam tym stylem i siłą rzeczy metka się trzyma…
To się przeradza w spór humanistów i ścisłowców, a wewnątrz humanistów – w spór poetów i reporterów, a wewnątrz poetów – w spór klasyków i eksperymentatorów, a gdzie ja jestem to nie chcę wiedzieć nawet;)
Przez: marszoblog w lipiec 10, 2008
o 8:51 am