Napisane przez: marszoblog | czerwiec 18, 2008

Rurzyca

Punkt Trzebieszki

Wodowanie łusek uzależnione jest od fachu pana kajaka, jeśli włada wiosłem zręcznie to most w Trzebieszkach nie wyrządzi szkód w jego psychomotoryce. Szorstkie kamienie przypominają o sobie, nie przytrzymują płozy, takie szuranie na dzień dobry. Słabsi kajakowcy mogą zrobić pierwszą przenoskę i za mostem rozpocząć pracę. Etap do jeziora Trzebieszki, choć krótki, serwuje sporo przygód. Wymaga użycia steru, toru jak serpentyna i uruchomienia oczu muzy (skład kajaka to: muza i pan kajak, autorstwo mojego profesora). Bystrza nie są dociskane przez słaby nurt. To poligon dla amatorów, ale w granicach przyzwoitości, rzeka nie spycha naporem wody i błędy wypływają tylko z braku doświadczenia. Myślę, że sztuki omijania przeszkód, kajakowiec uczy się dopiero na wodzie, poradniki nic tu nie dadzą. Tak w przyjemnej atmosferze upływa pierwszy kilometr, to slalom uczący pokory dla żywiołu.

Jezioro Trzebieszki

Pierwsze jezioro otulone jest sosnową ścianą drzew, których pnie ozłocone są słońcem, nie kusi wydeptanymi brzegami. Gdzieniegdzie wcinają się w wodę niestabilne kładki wędkarskie. Tutaj następuje chwila relaksu, można połączyć kajaki w tratwę i chwilę podryfować, wymieniając się pierwszymi uwagami. Długość po linii prostej to 1,5 km. Za mały to akwen by wiatr rozpędził fale. Dlatego po wpłynięciu wypatrujemy momentalnie znak oznaczający ujście Rurzycy i tam trzymamy dziób kajaka. Łatwo zacierają się wrażenia z tego ładnego jeziora, ledwie się wypływa, ledwie wrażenia budzą miłość do spływów, a tutaj odpoczynek i krótki odcinek.

Do Krępska Górnego

Przed nami 500 metrów kolejnej urokliwej porcji Rurzycy. Z lewej strony wypatrujemy stare gospodarstwo, gdzie rośliny ogrzewają ściany, przy refleksach świetlnych rzecz wygląda wyjątkowo, jest to fragment fantastycznej opowieści, na którą zwraca uwagę autor przewodnika Pascala po tych wodach.

Za tym fotogenicznym miejscem, Rurzycę przecina mały most.

Woda nie buzuje pod nim, nie ma ukrytych niespodzianek. Jest to kolejne miejsce dobrze oznakowane. Dalej kilka mocniejszych pchnięć wiosłem i wpływamy na jezioro Krępsko Górne. Na jeziorze jedynki łatwo ulegają znosom, każde szarpnięcie wiosłem zmienia ustawienie dzioba i utrzymanie punktu staje się problematyczne. Jest to jednak problem uniwersalny na jeziorach. Kiedy miniemy wybrzuszenie porośnięte trzcinami i nakierujemy kajak w lewą stronę, to dostrzegamy kolejny znak poświadczający ujście Rurzycy. Jesteśmy w połowie ciągu rynnowych, polodowcowych jezior.

Do leśniczówki Wrzosy

Kolejne 300 metrów tylko podrażni miłośników rzek. Za tym prostym technicznie odcinkiem, Rurzyca wpada do jeziora Krępska Średniego. Tak, jak poprzednie i to jezioro ma porośnięte drzewami brzegi, pas zieleni oddziela niebo od wody na całej długości. Trzecie jezioro jest już trochę monotonne, wciąż przerzuca się wodę w ten sam sposób, wciąż jedynie fale rozmywają się na burcie. Warto trzymać się lewego brzegu, żeby nie przeoczyć obelisku poświęconego ks. Karolowi Wojtyle i jego wizycie na tych wodach w 1978 roku (kamienie do utworzenia pomnika przywieziono znad Dunajca).

Tutaj po wspięciu się na skarpę wiszą trzy krzyże, jest to dobry moment by oddać się chwili refleksji. Wyruszamy dalej w kierunku południowo-zachodnim. Przy końcu jeziora, po jego prawej stronie trafiamy na plażę z pomostem. Możemy tutaj się zrelaksować, pograć w ringo, czy piłkę do siatkówki. Woda jest wyjątkowo czysta (I poziom), więc odpoczynek należy do przyjemnych.

Za plażą można po lewej stronie zatrzymać się na nocleg w leśniczówce Wrzosy. Istnieją legendy o gospodarzach, że są niezwykle mili, że przyrządzają wyśmienitego pstrąga, ale nie sprawdzałem osobiście. Wrzosy to ostatnie miejsce na nocleg, dalej czeka tylko nurt rzeki. Zanim tam dopłynąłem z moimi przyjaciółmi, przywitała nas rodzina perkozów, z czego przynajmniej dziesiąta była młoda i płochliwa.

Do jeziora Dębno

Rurzyca, za leśniczówką, jest szeroka i prawie stojąca. Jest to bezpieczny odcinek, próżno szukać przeszkód, kłód, kamieni i głazów. Po takim spokojnym przetarciu, kajaki wpływają w ostatnie już jezioro.

Jest mniejsze od poprzedników, jednak jego charakter się nie zmienia, wciąż dominują zarośnięte brzegi. Woda jest krystaliczna, przez sporą część od dopływu rzeki mamy grunt, to znów sprzyja kąpielom. Nim wrócimy do Rurzycy, trzeba przebić się przez gąszcz trzcin. Woda jest często wzburzana przez ryby, które skacząc wyrywają z zamyślenia. Za jeziorem zostaje kajakowcom tylko 8 km rzeki, w tle gra ptasia orkiestra, ja naliczyłem siedem różnych odgłosów, a wytrawnym ornitologiem nie jestem.

Szlakiem Czapli Siwej

Tutaj woda z początku płynie szeroko, oba brzegi porastają trzciny, a przed nimi rośnie Grążel Żółty i Grzybienie Białe.

Pierwszy posiada alkoholowy swąd, a wg ludowej medycyny, jest przydatny przy dolegliwościach nerek. Zaś drugi, dla mnie o ciekawszej urodzie, hamuje nadpobudliwość seksualną, co więcej, kłącza są jadalne w niektórych krajach, ale wątpię by z tego powodu po nie sięgano. Dalej, na jednym pniu, przyglądała się samica Nurogęsi, ale była to ledwie zapowiedź spotkania ciekawszego. Woda nadal przetacza się leniwie, a ten klimat udziela się turystom. Kiedy niedbale przyspieszyłem, zauważyłem lecącą tuż nad wodą Czaplę Siwą. Pomyślałem o straconej okazji na dobre zdjęcie, nie wiedziałem, że tych szans będzie więcej.

Spływałem dalej i po dwustu metrach ta sama czapla ponownie nie pozwoliła mi sięgnąć po aparat, była już w locie. W tym momencie za kajakiem zagrzmiało, a niebo nabierało ciemnogranatowej barwy. Postanowiłem nie chować aparatu, a trzymać go w pogotowiu. Nigdy nie próbowałem płynąć tak cicho. Po kolejnych czterystu metrach zobaczyłem Czaplę wyjadającą małe ryby z Rurzycy, uruchomiłem aparat, wyostrzałem i… w bezszelestnych ruchach mój cel uniósł się, tym razem wyżej, i odleciał. Nici ze zdjęcia.

Po chwili dopłynęli moi towarzysze i schroniliśmy się pod drzewem, które użyczyło nam swojej korony na czas deszczu, średnio padało, ale mimo wszystko moment na przerwę był najwyższy. Tak minęło 15 minut i ponowiliśmy spływ. Burza przeszła bokiem, a grzmoty uspakajały swym coraz niższym natężeniem. Kiedy znów pokonaliśmy kilkaset metrów, zobaczyłem po raz ostatni sprytną Czaplę, wiedziałem, że to nie moment na zdjęcie, a na pożegnanie, także prześledziłem ostatnie poderwanie tego ostrożnego ptaka i obiecałem sobie, że jeszcze kiedyś mi nie umknie. Po prawej stronie mija się Rezerwat przyrody „Smolary”, królestwo mszaków chronionych przez torfowiska, można tutaj spotkać rzadkie fitocenozy, są jednak niedostępne dla wodnych turystów.

Mosty i szybszy nurt

Przed mostami skonfrontowaliśmy się z rodziną łabędzi. Tradycyjnie, dorosła para, która pilnuje czwórki siwych maluchów. Szef grupy podniósł nieznacznie skrzydła, wyprostował szyję i śledził ruch cięższych najemników rzeki. Obyło się bez syków, trzepotania skrzydłami i pozycji bojowej, do czego te silne ptaki są zdolne.

Pierwszy most robi niesamowite wrażenie, przęsło ma około 30 metrów. Na Drawie takich próżno szukać, a tutaj na małej Rurzycy, stoi dumnie poniemiecki wiadukt. Szyny rozebrano, został tylko nasyp, kamienny szkielet i blizna w lesie.

Po kilkuset metrach wyłania się kolejny wiadukt, tym razem niższy, ale czynny, część trasy Piła-Szczecinek. Za przęsłami, przypominającymi mroczny tunel, woda przyspiesza, pan kajak może skupić się na sterowaniu. Przyspieszenia zamieniają płytką Rurzycę w rzekę o charakterze prawie górskim. Jest to spore urozmaicenie i duża frajda, kajak wzorowo słucha korekt, od czasu do czasu przeszura dnem po kamieniach i pokonuje ostatnie kilometry bez wysiłku.

Większe przeszkody rozpoznajemy po „poduszkach”, czasami można próbować manewru promowania i naciągania, jednak szans na te triki jest niewiele. Pojawia się festiwal szarpnięć i kontr, techniczny egzamin.

W między czasie sarna chyliła się ku rzece, kiedy usłyszała kajaki, tylko podniosła głowę, zakodowała niskie zagrożenie i pognała susami w kierunku lasu. Ostatni odcinek rzeki to kryształ wody bawiący się ze słońcem, efektem tej gry są urocze refleksy odbijające się od tafli rzeki. Otulenie Olsz wciąż znaczy szlak.

W takiej relaksacyjnej aurze dopływamy do Krępska, tutaj kończymy spływ. Najpierw krótka przenoska po lewej stronie (po prawej mamy pozostałości Starej Lemieszarni, czyli kuźnicy, gdzie wykorzystywano siłę rzeki do napędzania kół) i przy następnym pomoście (niżej) koniec Rurzycy, zmąconej tylko wiosłami.


Odpowiedzi

  1. Fajny opis, aczkolwiek bezużyteczny dla potencjalnych spływaczy – przygoda ginie gdzieś w natłoku zbędnych słów:D

    Nie rozróżniasz wiaduktu i mostu – to były mosty. Mosty są nad wodą (rzeką, jeziorem, morzem;)). Wiadukty np. nad drogą.

    Nie jestem przekonany, czy to pierwsze, to był most kolejowy:) Muszę sprawdzić, ale nie czytałem. Popatrzę na stare mapy.

    Dzięki za zabawę i towarzystwo:)
    Z Agą jesteśmy zachwyceni;)

  2. Tu są same niezbędne słowa:)

    Zwykłych relacji jest sporo, nie robię im konkurencji, moja ma mówić o rzeczach, które są z pozoru minięte bez słowa:)

    Co do trzeciego, wyprzedziłem speca:P

  3. Speca, czy nie;) – bez weryfikacji (rzutem oka na niemieckie mapy) się nie wypowiadam:)

    Mnie osobiście lepiej się czyta reporterskie relacje:) Te a`la Mickiewicz zostawiam filologom;) Są nużące i trochę sztuczne – te ochy i achy:) Po odcedzeniu (przebiegnięciu wzrokiem) wychodzi jednak zgrabny i fajny tekst:)

    Nie mogę się Piławy doczekać – Aga załatwia palnik i mnie tym męczy;)

  4. Pomijając przydługi wstęp o kamolcach pod mostem w Trzebieszkach, to mi się ten opis bardzo podoba:)

    Przynajmniej rozumiem o czym czytam:D

  5. Miło wrócić wspomnieniami na zieloną rzekę:)

    Przed Rurzycą tak się zarzekałam, że nigdy więcej na kajak, a teraz nie mogę się doczekać wiosny, żeby znów gdzieś spłynąć:)


Zostaw odpowiedź

Twoja odpowiedź:

Kategorie