Napisane przez: marszoblog | czerwiec 4, 2008

Marszomigawka

Znowu zostałem zainspirowany, czym? Migawką.

Kiedy zaczynałem pisać bloga myślałem, że będą to teksty rasowo literackie, ocierające się o reportaże, o tradycję podróżopisarstwa, czy bardziej ambitnych poradników sportowych. Ostatnie musiało polec w marszu, ponieważ brakuje mi argumentów, doświadczenia. Ale o reszcie kto wie? Tak myślałem.

“Teraz kiedy jestem [blogowym] dziadkiem”, a przynajmniej regularnym skrybą zachwytów, widzę, że mało tutaj pisania artystycznego, mało metafor, paplaniny, czy bieganiny. Chciałem pisać o tych drobnych spotkaniach, o słowach, mieć pod butem statystyki WordPressa i gonitwę o minimum wejść. W tym czasie sporo reklamowałem, przyciągałem zdjęciami, bo zdaję sobie sprawę, że objętość ma znaczenie, tak jak znaczenie ma wynik, a także zachowanie twarzy, wyżej przeze mnie waloryzowane.

I wtedy rozczytywałem się w blogu joycat (Iwony?). Potrafi dostrzec w pojedynczym treningu ciekawostkę, przetransponować ją w motyw i uczynić celem. Wtedy każdy bieg wydaje się oczekiwaniem na “nowe”, “inne”, są to kategorie modne postmodernistycznie, ale jakże ważne, jak wiele mówią o szukaniu siebie w świecie. Jak pisałem inspiruje mnie takie wyimkowe spojrzenie, uczę się tego, oczekuję i zawodzę, kiedy to trening był suchy w doznania, taki jak dzisiaj, ale jestem pewny, że joycat znalazłaby w tym coś do notki. Spróbuję i ja.

***

Tydzień niebiegania odbija się na samopoczuciu, raz powrót to pielgrzymka do Mekki, innym razem spacer po rozbitym szkle. Dzisiaj zdecydowanie nastawiałem się na drugie. Kolano sobie radzi niby dobrze, ale patelnia słońca i tak pozbawia mnie proporcji płynów, a tutaj jeszcze biegać. Pomyślałem, mój znajomy dzisiaj wybiegnie, może towarzysko mu dotrzymam tempa, tak też się stało. Spoglądałem na tramwaj, uciekł, ale o mały włos myśl by przywitać następny mnie torturowała. Wybrałem zbieg do Parku Sołackiego, zdążyłem przed tramwajem-helmutem, który zameldował się za mną, ha! Po czym powoli udałem się do tunelu, za którym już czekał kompleks sportowy stadionu Olimpii. Tam wyłączyłem stoper i poczekałem na Tomka. Jak zawsze pałał entuzjazmem do biegu, z czego czerpię do woli i stoper w ruch. Myślę, tydzień nie biegałem to tempo rzucimy spokojne, ale tym razem Tomek podkręcił śrubę i pociągnął mnie za sobą, biegłem ostrożnie, słuchałem kolana, ale tempo pogłębiło mi oddech i zaczęła sie walka o czas. Na każdym słupku Nike’a zyskiwaliśmy czas (poniżej 5min/km), nie referowałem jednak tego. Tak dobiegliśmy do 5km i rozciąganie, i podziękowanie, i oddech back. W trakcie myślałem tylko o tym, że w życiu sam nie zmusiłbym się do takiego wysiłku na pierwszym treningu, tym razem warto było oddać rolę napinającego Tomkowi. A chłód podkonarowy tylko zachęcał do trzymania się planu. Dalszy dobieg do mieszkania był już tylko formalnością – tak pęka 10 km.


Odpowiedzi

  1. Wiadomo! Chłopcy poloniści, to najlepsi biegacze! ;)

  2. coś o bieganiu…
    http://www.odditycentral.com/pics/toughst-race-in-the-world.html

    pozdrawiam,
    ~

  3. Fajne macie te slupki. :)

  4. Kłaniam się nisko Karolu i dziękuję za miłe słowa, szczególnie dla mnie wartościowe jeżeli wypowiada je polonista :)
    Jak zdążyłam się jednak zorientować, to poznańska polonistyka mocno rządzi na WordPressie: Karol, Mag, Sis i pewnie jeszcze inni, do których na razie nie dotarłam – prowadzicie super, ciekawe, inspirujące blogi. Howgh!

  5. joycat,
    Jest nas tutaj dużo:) ale ilu dokładnie nikt nie wie;)

    Kasia,
    Poznań tym razem zagospodarzył jak trzeba:)

    Mag,
    Wiadomo;)

    JustInArtanis,
    Dzięki wielkie! Ciekawe foty…


Zostaw odpowiedź

Twoja odpowiedź:

Kategorie