11 maja, dzień dla mnie ważny, bo jest to dzień dla mnie pierwszy. Wtedy ponoć zima zabieliła chodniki, zaskoczyła wczesnych urlopowiczów, ale w tym roku ciepła wiew, duszny ziew. Chciałem zrobić dłuższy wybieg, zamknąć przepracowany tydzień godnie, plan treningowy podpowiadał, żebym wykręcił 16km, a wieczór gorący i wiatru brak. Postanowiłem, do boku przypięta została butelczyna płynów, na wszelkie pragnienie. Telepała się biedna w trakcie, więc powędrowała do ręki, a niech.
Wyjście tym razem bez uprzejmości z ławkowymi sąsiadkami, które to żartem kąśliwym obsłużą każdego, stoper pyk, maszyna w ruch. Pierwsze kroki i już upał zaprasza stróżkę potu na kark, rześki to ciek tym razem. Za ostatnimi garażami szuram po drodze byłego poligonu, do niedawna zakazanej dla cywilnych jak ja, ale teraz samowola. Mijam dwie pary wracające z plaży, która zachęca młodość do kriokąpieli i często skutecznie. Mijam i właścicieli psów, dwa zaparkowane auta, Chmiel mały po pętli okrążam i uff jestem na miniplaży, jedna z moich ulubionych, dawniej sympatycy, a może wojskowi, czyścili brzeg, teraz zarasta, niedostępnieje, dziczeje. Kilka kroków pod górę by stanąć na nasypie, dosłownie przed nosem śmignęły mi trzy rowery z psem, ostatni jeszcze zaciurał krzak i wysusał do reszty rowerowców.
Nasyp na swoją historię, łączy Ostrowiec z Wałczem, usypany najpewniej przez Niemców, dookoła obrodziło bunkrami, w końcu to Wał Pomorski, część umocnień i betonu na strachy z pogłosem. Wygodnie, momentami szuter, ale tempo maxitruchtowe utrzymane, kilka kilometrów minęło szybko, tym bardziej, że niechcący mijam po drodze eskapadę rowerową, ich niezdecydowanie - moje minięcie. Wiem gdzie sunąć.
Ostrowiec, a właściwie jego podmieścia, nowe zabudowy, domki lanserskie, efekt pracy albo cwaniactwa. Mijam. Ktoś wrzuca drzewo do taczki, kogoś podpiera płot, inny się gładzi do brzuchu powodzenia, kilogramach szczęścia. Mijam. Psy ujadają, jamnik bez chęci, kundel jak rasowa szczekaczka, pierwszy zawstydzony też rozdziawi paszczę, ale szybko ziewa i gorąc zwycięża z wścieklizną. Mijam. Idzie para, ona ładna z brzydkim psem, on toporny z brzydszym psem, rozdzielają się, droga wąska, a z naprzeciwka jedzie maszyna, trzeba przepuścić. Mijam i mam siły jeszcze, ale wiem, że tylko jezioro i nic więcej na dzisiaj.
W lesie zawsze rozmyślam, a co by było, dzik, dzięcioł, jeleń dumnie dźwigający wieszaki, coś by mogło być, może poza dzikiem, na drzewa to ja się zawodowo nie wspinam, ale rozmyślam fachowo. Widzę zakręt, to pewnie ten, za nim plaża i koniec, ale nie tym razem, następny zakręt, teraz jednak jestem nieufny, dobrze, znów nie plaża, tak mijam trzeci, czwarty, piąty. No któryś już był tym do plaży, ale nie ten co myślałem. Biegnę dalej, wcześniej będę w domu, wcześniej porozmawiam z rodzicami, wcześniej wyrzucą butelkę. Jeszcze prosta i przy zakręcie w prawo idę, ale nie, dobiegam i znów te same argumenty każą szurać dalej przez las, tym razem pod słońce, które przedziera się agresywnie przez szpary w gałęziach, igliwiu, ułożeniu szyszek. Uderza gorącem, światłem, bezczelnie i kąśliwie. Szuram, jeden zagajnik, drugi, tak jeszcze kilka, myślę, dobiegnę do nasypu i definitywnie koniec, po co się mordować, mam urodziny, jakieś fory się należą, jak nie szóstka w gry losowe to chociaż odpoczynek. Uff. Droga wije się, a pamiętam ją prostą, wije się na boki i w pionie, wije się, skręca i trwa w najlepsze, a ja chciałbym już ten nasyp.
Mam. Ale myślę, w domu woda świeża, wanna zimna, pościel chętna, pompuj wuja, pompuj! Plaża małego Chmiela z drugiej strony, teraz do dużego Chmiela, tak sobie usiądę, popatrzę na zachód słońca, zasiedzę się, miło, kusząco. Stary wiadukt wiecznie śpi, ale daje pogłos, uderzenia buta rozrastają się do odgłosów fabrycznych, gdzie produkcja idzie pełną parą, ja teraz też i do przodu. Tu miał być odpoczynek, ale Karol dajesz dalej, dajesz-dajesz nie przestajesz, biegniesz-biegniesz to uciekniesz. Mijam. Teraz w lewo mam odbicie na piaszczystą skarpę, prosto bliżej domu, pierwsza opcja wygrywa. Woda się kończy, butelka osusza. Kolejna para przede mną, ta bardziej ukryta i od razu bardziej speszona, znów spojrzenia podszyte ironią, znów dajesz dalej, niech trwa, niech biegnie, do przodu, dla siebie, już trochę i blisko jest.
Ostatni zakręt, pod górę ostro i widać te najpokaźniejsze bunkry w Wałczu, między innymi Czapę Hitlera. Ubita droga zamienia się w piaszczystą. Sunę po prostej do ogródków działkowych, dawniej w okolicy prowadzony był “dom publiczny”, teraz jeszcze od czasu do czasu zabłądzi jakiś zdesperowany samochód, ale ujścia frustracji nie zazna, dobrze. Kryzysu nie ma, ale i tak tłumaczę sobie, musisz biec, to cel, to szansa, to moc. Za ogródkami już tylko prosta przy linii kolejowej, gdzie nie stygnie żaden wagon, gdzie nie sypie się węgiel ani zboże, cisza i stukot biegówek o podłoże. Widać już dom, przyspieszam, wyobrażam sobie koniec czegoś większego niż tylko trening, koniec biegu, regionalnego początkowo, ogólnopolskiego później i taka euforia, że jestem pod blokiem, moje okno, klamka, a stoper nie naliczał minut!