Posted by: marszoblog | marzec 22, 2008

Szkoła Turystyki Pieszej

„Obok zaspokajania podstawowych potrzeb życiowych, człowiek od wieków wykazywał rozmaite zainteresowania…” (s. 9) pech chciał, że ludzie zaczęli je powielać i prześcigać się, kto z nich jest lepszym specjalistą. Autorem cytatu jest Piechur-kreator, czyli największy teoretyk spośród trampów, czyli przewodnik Idei marszowych, czyli we własnej osobie Zygmunt Skibicki. Żebyśmy się dobrze rozumieli, nie chcę strącać nikogo z parnasu, nie chcę odbrązawiać pomników, nie taka intencja mną kieruje. Szanuję autora licznych Szkół Turystyki…, a książki te nauczyły mnie niejednej rzeczy w dziedzinie, jednak skoro sam muszę znosić krytykę – to, z sympatii, poddam jej bardziej doświadczonych kolegów ze szlaków.

Czepialskość moich czytelników nakierowana jest na styl, raz się podoba, raz nie. Idąc w prywatę zyskuję zadowolenie tej ważnej dla mnie grupy, idąc w ogólność kłaniam się szeroko pojętemu środowisku rajdowemu. Lektura Skibickiego nauczyła mnie jednak, że mimo skierowania do odbiorcy szerokiego, nie można rezygnować ze wstawek rozluźniających i relaksacyjnych, z humoru i dystansu, z przymkniętego oka.

Łowić to ja nie potrafię, jedynie słowa w książkach, taki fach, taki traf, zatem czytam i wychwytuję momenty o uroku niewątpliwym, o barwie niezwykłej, o treści niebanalnej, jakże ich dużo u pana Zygmunta. Aby oddać wielkość zjawiska skupię się tylko na przypisach do Szkoły Turystyki Pieszej.

 Zacznę nie od szkoły turystyki, a od szkoły życia, bo siła poniektórych porównań jest rażąco trafna i ciekawie oryginalna: „To jest tak jak z samochodami. Niscy faceci preferują długie samochody. Małe kobiety wolą wysokich facetów; wysokie szukają jeszcze wyższych. Są na ten temat złośliwe kawały” (s. 86) – i tylko szkoda, że autor nie poszedł za ciosem, nie wyłuskał z rękawa kąśliwego wyca, szkoda, lubię soczyste pointy, której tutaj zabrakło.

Trafiamy także na wyznania intymne, prywatnie czułe i niewygodne, porusza historia oscypków, bo „nigdy nie słyszałem, by polski, naturalny oscypek robiony w „niehigienicznych” warunkach niedomytymi ponoć rękoma bacy zaszkodził komukolwiek – a po słowackich rz…em jak kot” (s. 213) – szkoda tym razem tych domowych przytulaków, kapryśnych chrupkożerców i myszołapów; poza tym prztyczek w słowacki nos, do roboty xeroboye!

I sentyment ma swoje miejsce w tych poradnikach: „za czasów mej wczesnej młodości nafta była w każdym wiejskim sklepie! A mówią, że teraz jest ze wszystkim lepiej…” (s. 237).

No i „żaden woreczek foliowy nie zapewni szczelności – kwaśniejący pot wydziela sporo produktów gazowych!” (s. 258) – o zgrozo!

 Momentami wyjątkowymi w całym przewodniku, w całym kompendium wiedzy marszowej, w całym tym pisaniu – są fragmenty, które dotykają jakże śliskich stosunków damsko-męskich. Pan autor wykazuje się czujnością i dobrym smakiem, pisze jakoby jego rady mogły odmienić nasze podejście do życia, naszą formę i odporność na efekty zimowych randek (kichanie, kaszel), ale zarówno dostrzega, że „moje gwarancje nie dotyczą tych konsekwencji randki, które wynikają z pozbycia się stroju w całości” (s. 17), gdyby tak było - musiałby zmienić tytuł na Szkołę Turystki Integracyjnej, bądź Marszosutra.

Co więcej, napotykam na tezę, że „lata robią swoje – proszę Panów” (s. 86), ma ona przypis, dopowiedzenie odspodne, a w nim: „po Paniach to tylko mniej widać – czasami!” (s. 86) i byłbym w stanie pochylić czoła, bo nie zawsze to, co proste jest tendencyjne, tylko owo sakramentalne „czasami”! jak ono bawi i igra, jak ono stąpa po cienkim lodzie wyszukanego żartu, jak ono buduje napięcie.

To nie wszystko.

Kolejnym wątkiem poruszonym dosłownie są różnice anatomiczne. Konstatacje wielce osobliwe typu: „nie da się ukryć – to w partiach biodrowych budowa kobiety najistotniej różni się od konstrukcji meskiej” (s. 101) i chciałbym zakrzyknąć „Alleluja!” bo to tak na czasie nawet; albo „lekki plecak wyprawowy waży obecnie ponad 15 kg. Jeśli mężczyzna chce ulżyć swej towarzyszce, musi liczyć się z dodatkowym wysiłkiem”, przede wszystkim jest to turystyczna interpretacja Biblii, w drugiej kolejności rada w pigułce jak być gentelmenem. Cenne to. Niestety nie wiem jak ocenić kolejny zjawiskowy cytat, brzmi on tak: „na tym polu [rozstaw kości miednicy] kobiety też znacznie górują nad facetami – rozmiarem w stosunku do wzrostu oczywiście” (s. 206), hmm…

„Panie nie powinny zapomnieć o stanikach. Ta uwaga pochodzi od jednej z moich koleżanek. Jeśli chodzi o moje zdanie – mogą zapomnieć!” (s. 280) – i jak tu czytać bez puszczenia oka, bez marginesu błędu skierowanego w satyrę i kabaret, jak wierzyć późniejszym radom o zachowaniu się w towarzystwie niedźwiedzi na szlaku, jak zaufać co mamy pakować do plecaka na dłuższą pieszą wyprawę, skąd pewność, że ten niedźwiedź nie będzie miał ochoty na harce, a plecak nie odleci razem z nami.

 Uzasadnienie mojej ironii: jestem polonistą, także mszczę się za słowa (też w przypisie) „nie mam nic przeciwko Mickiewiczowi, ale mierzcie zamiary podług sił, a nie siły na zamiary! Romantyzm w planowaniu jakichkolwiek wędrówek jest nadzwyczaj niebezpieczną ideologią” (s. 167), a tak poważnie – wciąż szanuję Skibickiego, nawet bardziej za te wstawki, tego typu poradniki męczą, ten temat znosi praktykę, mniej teorię, zatem doceniam starania nad dobrym samopoczuciem czytelników, które propaguje autor. Chciałbym, żeby nic się nie zmieniało.

 Na koniec kwiatek dla cierpliwych: „każdy, nawet najlżejszy, plecak na ostrym podejściu będzie się wydawał ciężki – zawsze! Tak to już jest” (s. 35) – zgadzam się, tak to już jest!

 Wszystkie cytaty pochodzą z książki Zygmunta Skibickiego – Szkoła Turystyki Pieszej, Wydawnictwo Skibicki, Pelplin 2006.

Tags: , , , , , , , , , , , , , , , , ,

Responses

Stosunki damsko-męskie zdecydowanie ułatwia strój rajdowy. Zwłaszcza jego dolna część. Zwłaszcza udowa. Zwłaszcza. Wody! ;))

Bardzo dobra notka. Świetnie się czyta. :)

Leave a response

Your response:

Categories