Słowo konstruuje obraz naszego postrzegania, bez niego bylibyśmy ledwie bezbarwną wydmuszką. Jest silne, sugestywne i przede wszystkim wolne.
Przez podróże ludzie uczyli się widzenia przestrzennego, ono budowało wrażliwość, skłaniało do refleksji, zacierało w pewnym stopniu zachwyt nad szczegółem, makro zostało zepchnięte przez pejzaż, punkt zastąpiony przez szerokie kadry (to ryzykowna teza, ale jednak).
Jak czytam Stasiuka, Kapuścińskiego, K. Nowaka, Halika, Cejrowskiego, Pałkiewicza, całą paletę współczesnych podróżopisarzy – to mam nieprzeparte wrażenie, że środki przez nich używane są dostosowane do kontekstów w jakich mają występować i te konteksty biorą górę nad swobodą językową, dynamiką wolnych skojarzeń. Schylenia ku publicystyce, ku anegdotom, ku przewodnikonaśladownictwie oddalają prozę od osobistego, prywatnego i jednak intymnego pisania, a szkoda. I kiedy już myślałem, że tak musi być, że każda relacja z wędrówki przefiltrowana jest przez warunki dla i kiedy – odkryłem Bruno Schulza.
Jeden fragment utwierdził mnie w przekonaniu, że językiem można oddać wszystkie piętra uczuć i wrażliwości, że można marszopisać w sposób oryginalny i zaskakująco ponętny.
„Szliśmy wśród tego włochatego brzegu ciemności, ocierając się o niedźwiedzie futro krzaków, trzaskających pod naszymi nogami w jasną noc bezksiężycową, w mleczny, fałszywy dzień, daleko od północy. Rozpruszona w biel tego światła, mżąca ze śniegu, z bladego powietrza, z mlecznych przestworzy, była jak szary papier sztychu, na którym głęboką czernią plątały się kreski i szrafirunki gęstych zarośli”
– Bruno Schulz, Sklepy Cynamonowe



A może zwyczajnie tak?
“Była noc, pełno śniegu a my szliśmy przez jakieś zarośla”. Pewnie tak właśnie było.
Bo to jest cholernie proste. Piękne metafory pisze się w domu, bo w terenie to się za przeproszeniem zapierdala. Kiedyś w jakiejś relacji napisałem coś takiego:
“Czułem się jakbym tylko ja sam jeden był panem Niskiego na tych kilka dni. Jakaś taka aura samotności, nostalgii i braku nadziei unosi się nad tym miejscem. W pewnym sensie bardzo pociągająca. To było chyba około 17, jakaś wieś, na pewno bardzo ciemno, pustki, gdzieniegdzie palą się światła, a przecież gdzieś tam jest życie. Poczułem się bardzo samotny, tu na „końcu świata”. Ale przecież m. in. o to właśnie chodzi, o dotknięcie pustki. Przejrzenie siebie na wylot. Dotarcie tam gdzie na codzień nie mamy dostępu. A wszystko to gdzieś pomiędzy zwyczajnym i wulgarnym zapierdalaniem przed siebie…”
Wtedy w górach to było uczucie ledwie widoczne, coś na marginesie świadomości. Byłem głodny i zmęczony, nie w głowie miałem takie myśli. Dopiero w domu, cała historia zaczęła się układać na zupełnie innym poziomie. Nie wiem co jest prawdą?
Zapierdalanie czy metafizyka?
Przez: Kuerti w marzec 14, 2008
o 9:28 pm
Pewnie, że cholernie proste, wulgaryzmy też są proste, stąd ich nazwa taka, a nie inna.
Tylko chyba czasem nie w tym rzecz, żeby iść na łatwiznę, prawda? :)
Pozdrawiam.
PS. Schulz po mistrzowsku.
Przez: Mag w marzec 15, 2008
o 3:40 pm
Kuerti,
pewnie oba są prawdą.
Pamiętam, że szczególnie w trakcie kryzysów miałem wyłącznie monotematyczne przemyślenia – “gdzie ten @!#&*y punkt” albo “i ja za to płacę?”. Także faktycznie, ten opis dobry jest do literatury, w takich warunkach go widzę, w relacji z rajdu mniej, bo nie oddaje prawdy, zresztą tam gdzie się zaciska zęby niekoniecznie krzaki maja niedźwiedzie futro; ).
Tak czy inaczej, fragment mnie poraził i do teraz jestem zdziwiony nad stylem.
Poza tym racja – to, co przeżywane nie sprawdza się w opisie, zawsze coś od siebie dodamy, przeinaczymy, naciągniemy i przeinterpretujemy, tu zgoda.
Mag,
potwierdzam, ale też wyzwanie setki to już nie jest pójście na łatwiznę: ), a opis musi być subiektywny, Schulz jednym rozwiązaniem, cieszę się, że go bronisz! : )
Przez: marszoblog w marzec 15, 2008
o 4:49 pm