Napisane przez: marszoblog | czerwiec 20, 2009

Walden – H.D. Thoreau cz. 2

Druga część referatu o autorze motta marszobloga.

***

4. Kuropatwa

Przykład Waldena jest dowodem na to, że łatwiej uczynić doświadczenie typowe wyrazicielem treści humanistycznych, niż specyficzne (choć dla mieszkańców Concord zachowanie Thoreau posiadało znamiona dziwaczności), i że realistyczna sceneria potraktowana bardzo rozlegle jest przestrzennym obrazem stosunków międzyludzkich (czyli stosunków między wyobrażeniami, a nie samymi istotami ludzkimi). Jednak to humanizm przemawia nadspodziewanie ciepłym tonem wzruszenia i współczucia dla człowieka uwikłanego w konflikt, który ukazuje jego osamotnienie z wyboru. Thoreau napisał esej Gospodarka za pomocą romantycznej ornamentyki słownej (nie obce są tutaj między innymi pojęcia tajemniczości, indywidualizmu i fascynacji natury), kłuci się to z tematami, jakie w tekście porusza, codziennej tułaczce sprzyja styl oszczędny, nawet monotonny. Marazmem jest prowadzenie gospodarstwa w cyklicznym ruchu pór roku, gdzie przyroda obumiera i odradza się wielokrotnie, zawsze z taką samą aktywnością i podobnym skutkiem, dlatego rolnik powinien być zaopatrzony w umowny zestaw cech: staranność, bezpośredni emocjonalny stosunek (do całości i poszczególnych jednostek przyrody), współ-odpowiedzialność za środowisko i trwałość jego zasobów, pozbycie się anonimowości (jak w przypadku Thoreau). Opieka o dobytek to jeden z najczcigodniejszych i najbardziej autentycznych zawodów wykonywanych przez człowieka. Wyniki takiej pracy w dużej mierze zależą od poziomu etycznego i umysłowego trudniących się nim ludzi,

Farma (…) zaspokajała zarówno potrzeby ludzkiej duszy, jak i dogadzała chęciom cieszenia się dniem dzisiejszym”[1].

Im jest on większy, tym szerszy zakres spraw pozwala dostrzegać, podobnie wychowuje swoje młode kuropatwa, pozwala hasać gromadce, widząc niebezpieczeństwo momentalnie informuje o tym swoje młode, które się chowają lub nieruchomieją, a matka niezrażona przewagą napastnika odwraca jego uwagę,

„będzie kołysać się i kręcić przed człowiekiem”[2],

tak rolnik widząc chwasty plewi swój ogród i przejmuje kontrolę nad zaistniałą sytuacją, czuje się współtwórcą procesów przyrody, współdziała nie tylko pracą swoich rąk, ale także wyobraźnią i uczuciem. Potrafi zachwycać się urokiem i intensywnością powstającego życia, rozwijających się pąków kwiatowych, trzepotania skrzydeł motyla, kiełkujących pędów warzyw i bogactwem barw związanych z przemiennością pór roku. Dostrzega wtedy kosmiczny wymiar egzystencji i pracy. Thoreau celowo ograniczył obszar swojego gospodarstwa, jest na tyle duży, że zapewnia mu dostatek żywności (czyli „prosumpcja”, produkowanie nie na sprzedaż, tylko na własny użytek)[3], nie angażuje jednak całego jego czasu, pozwala więc na swobodny rozwój nie konformistycznych zainteresowań takich jak: liczne lektury, kontemplacja, obserwowanie natury.

Takie praktyczne zarządzanie czasem sprzyja wewnętrznemu ładowi oraz harmonii miedzy opiniującym umysłem i trudną do przeniknięcia i wyłamującą się spod jego kontroli sferą popędów, której patronem jest egoizm pojęty jako funkcja instynktów biologicznych. Ponad to Thoreau zakłada wprawdzie korelację miedzy procesami biologicznymi i warunkami bytowymi, niemal zupełnie jednak pomija oddziaływanie społeczne, jest niechętny rywalizacji, co nazywa czynnością „głupią” i poddaje w wątpliwość słuszność postępowania osób upodabniających się do innych[4], świetnie zostało uchwycone dążenie do uszlachetnienia poprzez wygląd zewnętrzny. Ubiór pozwala nam zaanektować cały system nowych wyobrażeń i pojęć, posiąść umiejętność eleganckich manier, wejść do świata dotychczas nie udostępnianego dla nas, ale to tylko pozory,

„jakże bowiem nowe ubranie ma pasować na starego, nie przeobrażonego człowieka?”[5].

Człowiek uwikłany jest w „siatkę” wpływów, biorąc do siebie zasłyszane słowa czyni je własnymi, żyje jakby „z drugiej ręki”, a opinia społeczeństwa przeważa nad autorefleksją, wówczas czyjeś zdanie jest ważniejsze od własnej wygody. „Podmiot jednostkowy, zamiast rozkwitać w świecie uwolnionym od sankcji transcendentnych, czuje się zagrożony przez nowy rodzaj „wpływu”[6]. Nauka polegająca na porównywaniu siebie do kogoś innego nie pozwoli odkryć naszych prawdziwych predyspozycji, uczymy się tylko ograniczeń osoby porównywanej, bardziej robimy to co nam mówią, niż żyjemy. Thoreau obierając własny sposób na życie oddala się od obcych wpływów, w esejach nie pojawiają się wzmianki, żeby poeta korzystał z czyichś rad, jest jakby głęboko przekonany o słuszności podjętych kroków, zdaje się mówić, iż można się chwalić swoim życiem tylko wtedy, jeśli było one godnie przeżyte i poszczególne kroki wykonywane były samodzielnie bez ramienia przewodnika. W takim wypadku unika się posądzeń o hipokryzję, bowiem ryzykuje się znacznie więcej niż opinię o sobie.


[1] D.H. Thoreau, Gospodarka, [w:] op.cit., s. 74.

[2] D.H. Thoreau, Zwierzęta sąsiadami, [w:] op.cit., s. 240.

[3] Termin pochodzi z książki „Trzecia fala” Alvina Tofflera, jest połączeniem słów produkcja i konsumpcja.

[4] „(…) biedni (…) uważają bowiem, że muszą mieć taki dom, jakiego właścicielem jest ich sąsiad” s. 56, „(…) jeśli idzie o odzież, nabywając ją, chyba częściej kierujemy się umiłowaniem nowości i opinią innych aniżeli prawdziwą jej przydatnością”. D.H. Thoreau, Gospodarka, [w:] op.cit., s. 43.

[5] Ibidem, s. 45.

[6] A. Bielik-Robson, Duch powierzchni. Rewizja romantyczna i filozofia, Kraków 2004, s. 107.

Napisane przez: marszoblog | czerwiec 15, 2009

Marszolotek

34 – dni temu skręciłem kolano i poszedłem na pierwszy ogląd w szpitalu (od tego czasu nie byłem w stanie zanieść sobie do pokoju szklanki z herbatą)

26 – dni temu kolano zobaczył ortopeda, który zalecił zabieg artroskopii

13 – dni temu miałem robiony zabieg artroskopii, trwał niecałe 2h

12 – dni temu zostałem wypuszczony z kliniki, ściągnięcie drenu było najlepszym uczuciem w ostatnim czasie

8 – dni temu ortopeda zalecił mi ćwiczenia, które okazały się niezwykle pomocne w powrocie kolana do stanu pierwotnego

3 – dni temu spróbowałem poruszać się bez kul łokciowych, niezbyt zgrabnie jednak

dzisiaj – przyniosłem sobie szklankę z herbatą do pokoju!:)

Szczerze? Nie mogę się wciąż dołować faktem kontuzji, niepokoi dosyć, ale warto szukać w takim okresie pozytywów.

Napisane przez: marszoblog | czerwiec 13, 2009

Wątpliwa pochwała walki

W kontuzji człowiek musi się pokrzepić od czasu do czasu. Przekonać się, że możliwe są powroty, a z im gorszej sytuacji się wychodzi, tym bardziej to wszystko smakuje. Jednak jak się pocieszyć? Najłatwiej filmem, ale jakim? Najlepiej typem od zera do bohatera, a jakiego rodzaju? Niech będzie o sztukach walki, boksie, tam gdzie aż kipi od emocji.

***

Traf chciał, że w ostatnim obrodziło dobrymi produkcjami. Jedną z nich jest z pewnością produkcja Darrena Aronofsky’ego pt. Zapaśnik. Z kilku powodów, po pierwsze reżyser – jeden z ryzykantów stylistycznych, nie boi się trudnych tematów i równie trudnych interpretacji reżyserskich. Po drugie Mickey Rourke – lubię jego aktorstwo, dziwią mnie jego wybory życiowe, z socjologicznego punktu widzenia to z pewnością fenomen. Po trzecie temat!

Randy jest zapaśnikiem wolnej amerykanki, gdzie więcej akrobacji niż uczciwej walki. Jednak zawodnicy są więźniami własnego ciała, cały ich wizerunek musi być dopracowany, wymaga to nieludzkich wyrzeczeń. Reżyser nie pomija subtelnych szczegółów, daje przekrój przez paletę czynności, które Randy musi wykonać, aby sprostać wymaganiom widzów, a najsurowszym krytykiem jest on sam. Jednak przychodzi moment próby, ciało utrzymywane na maksimum swoich możliwości przez dłuższy czas, postanawia się zbuntować i woła o odpoczynek. Randy musi zmienić swoje przyzwyczajenia, a także swoje plany, ułożyć życie doprowadzając do kilku łzawych historii po drodze, jednak w efekcie końcowym nie potrafi się wyzwolić z sideł bycia zapaśnikiem, czyli nie tylko profesji, a całego stylu życia. Mam wrażenie, że historia pokątnie opowiada o fakcie, że ciało może być dla nas narzędziem, ale raz smakując potencjału jaki może nam zaofiarować, już nigdy nie będziemy w stanie o tym zapomnieć i zacznie się powolny proces życiowej eksploatacji, gdzie nie ma wygranych, są tylko bardziej zmęczeni i ułomni. Film kończy się w bardzo inteligentny sposób, pokazuje jak silne są przyzwyczajenia, jak mocno określają człowieka, jak kierują jego poczynaniami (nie komentując ich słuszności), a przy tym nie zamyka się temat czy warto walczyć nawet przeciwko sobie, nawet z pozoru beznadziejnych warunkach. Organizm jednych upadając pozbawi nas wszystkiego co cenimy, inny zlepi z popiołu szlachetny charakter, właśnie tak ważna jest ostatnia ucięta scena Zapaśnika.

***

Długo unikałem innego filmu, nawet nie miałem dobrego wytłumaczenia dlaczego. Zawsze myślałem, że wielcy ludzie powinni odchodzić w sławie, może przez to ze strachu obserwuję powroty na ekran Clinta Eastwooda, może obawiam się słabszej formy. Kiedy dowiedziałem się o wysypie nagród dla tej produkcji, to ta informacja wstrzymała mnie na kolejnych kilka lat przed obejrzeniem, chyba nie chciałem potwierdzać swojej pomyłki.

Za wszelką cenę to opowieść o beznadziei, z której rodzi się mistrz, który siłą rzeczy wraca do sytuacji beznadziejnej. Akcenty zmieniają w nietypowy sposób dla filmów tego typu. W Zapaśniku oszczędzono kropki nad i, zaś w filmie Eastwooda nie dość, że ona występuje, to jeszcze z mocnym naciskiem. Potencjalny widz może zadać sobie pytanie, czy warto podejmować wyzwania? Czy warto snuć marzenia? I choć film porusza zakres odpowiedzi, to mimo wszystko nie powie wprost, z jednej strony nasycił swoją bohaterkę, z drugiej strony za nasycenie przyszło zapłacić. To nie jest film o powrotach, opowiada raczej o ich braku, o sytuacjach bez wyjścia, obejściu się smakiem. Dla mnie jest przypowieścią o tym, że nie wszystko zależy od nas, chęci i starania to jedno, rezultaty to zupełnie inna przestrzeń. I nawet nie da się zatrzymać chęci, one same napędzają tempo zmian, których nie da się przewidzieć.

Ciekawostka jest poświęcenie Hilary Szwank, która trenowała do filmu przez trzy miesiące po dwie i pół godziny dziennie na ringu i dodatkowe półtorej podnosząc ciężary, co spowodowało, że jej masa mięśniowa zwiększyła się o 5kg – to się nazywa poświęcenie. W moim odczuciu w filmie była bardzo wiarygodna.

Napisane przez: marszoblog | czerwiec 11, 2009

Poradnik kajakarza

Szeroko rozumiane kajakarstwo można podzielić przynajmniej na kilka odmian, najbardziej popularną, która stała się już biznesem dla wielu, czyli odmianę turystyczną, ona także będzie nas interesowała najbardziej. Kolejnym typem będzie odmiana sportowa, która wymaga stosowania reżimu treningowego, a doprowadza do z czasem do rezultatów wybitnych.

Ostatnią odmianą będzie typ kajakarstwa górskiego, wymagającego innego zaangażowania, innego sprzętu, a także innych umiejętności. Wszystkie jednak odmiany nie mają do siebie znowu aż tak daleko, wymagają podobnego poszanowania warunków, z którymi przychodzi im się zmierzyć, a szacunek wobec wody wydaje się najistotniejszym w kajakarstwie.  Liczy się współpraca pomiędzy rzeką, a człowiekiem, który samym czytaniem i projektowaniem tego, co się może wydarzyć w trakcie spływu, może zneutralizować jakiekolwiek zagrożenia. Dlatego tak istotnym wydaje się przygotowanie, umiejętność przeczuwania warunków rzeki, do której to my musimy się dostosować. Z czasem dochodzimy do wprawy, wiemy kiedy pozwolić nieść się nurtom, kiedy reagować ruchem wiosła, kiedy stosować bardziej wymagający manewr. Warto pamiętać, że to my jesteśmy gośćmi na rzece.

Podstawy sprzętowe

Nie każdy kajak zachowa się tak samo w tych samych warunkach, to podstawowa zasada w wyborze sprzętu pod konkretny spływ. Jeżeli nasza trasa wiedzie w dużej mierze wzdłuż jezior, bądź po rozlewiskach, ewentualnie szerokiej i stosunkowo wolnej rzece, to powinniśmy wybrać kajak z płozą, lekko cięższy, o klasycznej geometrii, taki na pierwszy rzut oka przeterminowany. Dzięki takiej konstrukcji pozwoli się on prowadzić w linii prostej, nie będzie czuły na każde machnięcie wiosłem, utrzymamy obrany punkt dziobem. Będzie on także mniej podatny na ewentualną falę.

Jeżeli jednak wybieramy się na rzekę węższą, starszą, a przez to meandrującą, lepiej wybrać kajak polietylenowy, o płaskim dnie, bądź z niewielką płozą. Wówczas nasza praca z łodzią będzie przebiegała sprawniej, będziemy mogli stosować dokładniejsze manewry, a także wprowadzać w ostatniej chwili korekty, bądź uniki przed ukrywającą się w nurcie kłodą, kamieniem itp.

Wybór kajaka zależy także od naszych preferencji, jeżeli mamy zaufanie do jednego typu łodzi, to może lepiej bronić swojego przyzwyczajenia. Zawsze wyeliminujemy możliwe zaskoczenia i słabą współpracę z kajakiem.

Z uniwersalnych porad należy przed wyborem kajaka sprawdzić jego stan techniczny. Obrócić kadłub i sprawdzić czy nie ma na nim pęknięć, odklejonych części gumowej obudowy, widocznych i wątpliwych miejsc, które już raz były podklejane. Warto zwrócić uwagę czy są obecne rączki, które pomogą nam w tzw. przenoskach. Siodełko powinno być wygodne, co jest wątpliwym warunkiem, bowiem nikt kto konstruuje kajaki nie ma jako celu głównego naszej wygody w siodle. Przede wszystkim zobaczmy czy nie ma ostrych krawędzi, a także, czy oparcie nie będzie nas za mocno ugniatało i rodziło odcisków. Jeżeli pływasz w fartuchu, to warto sprawdzić czy łatwo się odpina i to jeszcze przed wypłynięciem. Ważnym elementem są komory wypornościowe, sprawdź czy kajak jest w nie wyposażony, a także czy nic w nich nie przecieka, to sprawa bezpieczeństwa.

Co do wiosła przeważnie dostaniemy drewniane o prostej linii, sam preferuję takie rozwiązania, choć na rynku jest wiele ciekawych modeli, pokryte pianką, profilowane, stymulujące odpowiedni ruch wiosła w wodzie.

Jeżeli spływ nie jest krótki i płyniemy z ekwipunkiem, to należy zabezpieczyć swoje rzeczy. Nawet jeśli mamy wrażenie, że upilnujemy bagaż, to woda może dostać się z zupełnie innej strony i kłopot gotowy.  Na rynku dostępne są worki przeciwwodne, zarówno materiałowe z podklejonymi szwami, a także bezpieczniejsze, ale też droższe gumiaki. Jeżeli nie jesteśmy pewni, że powrócimy jeszcze do kajakowania i nie chcemy inwestować w sprzęt, to polecam zastąpić workami śmieciowymi, z naciskiem, żeby były one grubsze. W pewnych punktach można dostać solidne i mocne worki gruzowe, one spełnią swoją rolę bardzo dobrze. Zamykając worek warto zostawić w środku trochę powietrza.

Musimy mieć na uwadze, że rzeka może od nas wymagać pewnych interwencji, przenosek brzegiem, odepchnięcia się nogą od kłody (czego odradzam), dlatego zadbajmy, aby nasze obuwie nie należało do drogich. Może równie dobrze zostać zassane na brzegu, bądź ześliznąć się nam z nogi.

Jeżeli nie jesteśmy zaawansowani we współpracy z wiosłem, warto zaopatrzyć się w rowerowe rękawiczki, one uchronią nasze nieprzyzwyczajone dłonie przed odciskami.

Do kajaka warto wrzucić także gąbkę (idealna wydaje się taka do mycia samochodów)  do zbierania wody, bądź kubek, z czego gąbka wydaje się bardziej praktyczna.

Pod ręką warto mieć także pelerynę przeciwdeszczową, choć jeżeli zerwie się burza, to unikajmy otwartych przestrzeni na jeziorze, bądź odsłoniętych tras rzecznych, nie bez powodu tyle kłód leży w nurtach rzek, nie wszystkie są dziełem bobrów.

Przed pierwszym spływem

Kajakarstwo turystyczne nie należy do zbytnio wymagających rozrywek. Taka aktywność nie wymusza atletycznego przygotowania, aby przepłynąć do 20km dziennie wystarczy nam w zupełności siła, która już posiadamy. Choć lepsze wytrenowanie będzie przekładało się na bardziej komfortowy spływ.

Pierwsze przepłynięte metry będą już demaskowały nasze umiejętności, na ich podstawie można zaobserwować na ile potrafimy wczuć się w nurt, w to, co może nas spotkać na rzece.

W dwójce siadamy silniejszą i bardziej doświadczoną osobą z tyłu. O zachowaniu się kajaka decyduje w większości osoba, która steruje, a zdecydowanie łatwiej sterować będąc z tyłu.

Zanim jednak poruszymy temat techniki powiedzmy sobie o kilku podstawach.

Samo wsiadanie do kajaka może przysporzyć nam problemu. Są różne szkoły i różne techniki w zależności od warunków z jakimi przychodzi nam się zmierzyć. Jeżeli jest to możliwe, to należy wsiadać do kajaka równolegle ustawionego do brzegu. Nie każdy kajak jest tak wytrzymały jak polietyleny, więc wsiadanie jest czynnością delikatną, wręcz akrobatyczną, gdzie za duży przechył, bądź nasza nieuwaga, mogą się skończyć kąpielą. Jak tego uniknąć? Możemy ułożyć wiosło w poprzek ustawionego już kajaka, wówczas będzie on stabilizował czynność, wiosło opieramy o kajak za sobą. Możemy także przytrzymywać jedną ręką brzegu, a drugą kadłuba. Potrzeba matką nowych sposobów.

Kiedy już siedzimy warto zadbać o prawidłowy uchwyt wiosła. Kiedy stoimy z wyprostowaną w górę ręką to wiosło powinno być podobnej długości. Dłonie sytuujemy szerzej niż rozstaw naszych barków. Chwyt będzie polegał, aby jedna z dłoni była nieruchomo, zaś uchwyt drugiej będziemy modulować w trakcie spływania. Warto pilnować by ręka nie zginała się w łokciu. Wiosło łapiemy nachwytem, jeżeli posiadamy już na dłoniach odciski, bądź czujemy zmęczenie, warto zmieniać chwyt, na tzw. małpi, czyli kciuk dołącza do układu reszty palców, bądź podchwytem. Jednak nie czyńmy z tego zasady, a stosujmy tylko sporadycznie i z przymusu.

Pamiętajmy, że wiosłując nie pracuje tylko ręka, a cały tułów. Nie głaszczemy wody, a także nie przelewamy jej niedbale, ważna jest płynność i dokładność, ćwiczenie poprawnych odruchów. W tym miejscu powinienem opisać szczegółowo technikę prowadzenia wiosła, jednak uważam, że mija się to z celem w formie pisanej. Polecam zapytać doświadczonych znajomych, a najlepiej wybrać się wspólnie na spływ i poprosić o radę, jedną rzeczą jest wiedza, inną jej faktyczne zastosowanie. Najlepiej nauczyć się techniki poprzez rozmowę.

Osobnym tematem jest zakręcanie, z jednej strony możemy posłużyć się tzw. szerokim pociągnięciem, czyli ruchem od czubka kajaka, aż po jego koniec, pełnym półkolem. Wówczas pióro wiosła będzie napotykało opór, a my całym tułowiem musimy utrzymać szerokość ruchu. Ten typ nie powinien zwolnić naszego tempa, nadaje się przy szerokich zakrętach, gdzie nie napotkamy na dodatkowe problemy. Drugim ruchem umożliwiającym zakręcanie będzie tzw. kontra starem. Polega na równoległym ułożeniem wiosła do kadłuba kajaka i użycie go jako steru. Możliwe jest wtedy dokładne manewrowanie, jeżeli jednak ruch będzie za głęboki i za gwałtowny, to wyhamujemy kajak. Pamiętajmy by nie przechylać się do w przeciwnym kierunku zakrętu, możemy wtedy nabrać w najlepszym wypadku wody do kajaka, w najgorszym zaaplikować sobie kąpiel.

Interakcja z rzeką

Każdy spływ będzie polegał na naszej współpracy z zastanymi warunkami. Ważna jest obserwacji płyty wody, aby wychwycić w porę ewentualne zagrożenia i im zapobiec w porę. W dwójce istotna jest współpraca pomiędzy osobami w kajaku, przód jest oczyma, tył motorem. O możliwych zagrożeniach mówi nam już sama rzeka.

Jednym z sygnałów, których nie należy bagatelizować są bystrza. Możemy je spotkać w przewężeniach rzeki, kiedy woda przepompowując swój nurt przyspiesza i tworzy język bystrza przypominający literę V. Nie tylko przewężenia mogą spowodować bystrza, tworzą je także przeszkody zewnętrzne, na przykład leżące w nurcie kłody, wbite pale, które kiedyś tworzyły most, czy większe głazy. W bystrzach zachowanie kajaka będzie specyficzne, musimy uważać na siłę naporu wody, aby bystrze nas nie pokierowało na kolejną przeszkodę, bądź popchnęło w niepożądanym kierunku. Przy bystrzach warto być przygotowanym do kontry i wysterować nienaturalnie zachowujący się kajak. Uważajmy by manewr nie przyparł nas równolegle do przeszkody, bądź nie wbił nas wystający głaz, czasami lepiej wyhamować kajak i w kilku podejściach ustawić kierunek, niż za szybko wpakować się w przeszkodę, co może mieć różne skutki. Jeżeli nurt przygniata nas do przeszkody, należy wtedy odchylać burtę w taki sposób by woda nie wlewała się do kajaka, w takich warunkach zbyt łatwo o podtopienia.

Osobnym problemem są bystrza pod mostami, gdzie nierówna i nietypowa dla rzeki faktura powoduje tworzenie się fal, a także wymaga umiejętnego sterowania w labiryncie wystających przeszkód. W takich momentach ważna jest współpraca pomiędzy osobami w łodzi.

Jeżeli przed nami widzimy kłodę, to musimy odpowiednio wcześnie omówić sposób jej pokonania. Czy chowając się w kajaku przepłynąć pod, czy odpowiednio wybierając punkt starać się prześlizgnąć po niej, bądź starać się ominąć z bystrzem. Innym rozwiązaniem jest przenoska brzegiem, którą polecam w trudnych przypadkach, kiedy wątpimy w powodzenie innej strategii.

To jak rozwiązujemy problem na rzece musi brać poprawkę na nasze umiejętności, czasami lepiej nie kopiować manewrów, które podpatrzeliśmy u innych kajakowców, musimy wypracować własny typ pracy.

Podsumowując, rzeka nam nie przeszkadza zbytnio, ona prowadzi kajak, ona go kieruje, a my musimy czasami tylko pilnować by kierowała poprawnie. Nie bez podstaw mówi się, że spływy kajakowe to idealne okazje by podziwiać otaczającą nas przyrodę, a jak podziwiać kiedy wciąż nas coś niepokoi. Najważniejsze wydaje się uświadomienie sobie, że rzeka nie chce dla nas źle, że oferuje nam możliwości, a my powinniśmy z nich czerpać w pełni. Czerpać z uroków pojezierzy.

***

Tekst na zamówienie portalu turystycznego, który już wkrótce się pojawi w sieci.

Napisane przez: marszoblog | czerwiec 6, 2009

Chcieć to móc? Dobre sobie

Już za pierwszym razem kiedy usłyszałem, że rzekomo „chcieć to móc”, poważnie zwątpiłem w te słowa. Pomyślałem sobie, tyle rzeczy mnie otacza, tyle z nich bym chciał, tyle fajnych dziewczyn mijam, dlaczego nie mam odwagi podejść, przecież chcę cholera. Były jednak rozmowy, w których to moim argumentem była śpiewka „chcieć to móc”, zapędzony w niebezpieczne rejony trudnych dialogów broniłem się wyświechtanym hasłem.

Klasyk powie non omnis moriar, ale to zbyt proste, zbyt oczywiste, nie każdy może być Wielki, a nawet jeśli – to pewnie tej Wielkości nie zaważy, bo jedną sprawą fakt, drugą samoświadomość. No właśnie, czy ja prąc do przodu dziennikarskim głodem, wspierając się maksymą „chcieć to móc” doczekam się kiedyś czegoś? Mam wrażenie, że nie. Świat nie wymaga od nas niczego, nie wymaga rekordów, nie upomina się o dzieła sztuki, to nasza imaginacja popycha nas w takiej rejony (herezji). Ale to ta pieprzona imaginacja pozwala wierzyć, „chcieć to móc” czasami przeradza się w „chcieć to tłuc” wciąż to samo.

Nie lubię „chcieć to móc” z jeszcze jednego powodu, ta nauka mówi, że należy iść po trupach, że nie wolno oglądać się za siebie, że każdy krok, choćby i niewidoczny prowadzi do Celu, do Próby, ale co zrobić jeżeli nie można iść, dlaczego nie bierze poprawki, że ludzkie ciało jest ułomne, że jest narzędziem, że nie da się go popychać dla samej chęci. Teraz kiedy złamała mnie kontuzja, czy ze śpiewem na ustach wniosę sztandar na swój Everest?

Nie mam zamiaru się użalać, dawać dowodów, że ktoś z klasyków mnie okłamał, że chcieć to ja sobie mogę, ale herbatę posłodzić, w życiu lubię stosować zasadę, że alles was ist, ist gut.  Co nie zmienia faktu, że to, co dobre, nie zawsze jest tym, czego bym gdzieś wewnątrz chciał. Można dostrzegać pozytywną stronę przypadków, a przy tym zdawać sobie sprawę, że „chcieć to móc” można wpisać w dymek w kreskówce, a nie szastać niemożliwym w życiu.

Czasami bywam zmęczony planowaniem. To ciężar dosyć solidny, który warto mimo wszystko targać. Pewnie sporo jeszcze przede mną, ale nie aż tyle, żeby zrobić wszystko, co by się chciało, a świadomość, że traci się ten jeden z najlepszych momentów, jeden z okresów prowizorycznie bardzo dobrych. Po prostu szkoda. Nabywa się upierzenia, które nie pozwala polecieć, czy tak to już ma się odbywać?

„Chcieć to móc” może bym powiedział sobie sprzed kontuzji, wtedy iść to było za mało, wtedy się przyspieszało, wtedy się walczyło o zakresy na treningach, a teraz iść już nie można, nie mówiąc o czymś więcej, teraz dren przygniata człowieka, nie czuje się on między młotem a kowadłem, a pod kowadłem. Jednak wiem, że człowiek musi napotykać opór, że musi się z czymś siłować. Musi wierzyć, a przede wszystkim musi pragnąć. Nie ważne już nawet gdzie idzie i czy musi/może dojść. Nasze pragnienia wyciągają nas z największego bagna, ze zwątpienia, a mam wrażenie, że wątpić w siebie nie wolno, bo nikt za nas wierzyć nie będzie.

Post z kolekcji: Gdzie kończy się morze, a zaczyna kałuża?

Utwór moim zdaniem pasuje klimatem:

Happysad- nieprzygoda

Napisane przez: marszoblog | czerwiec 1, 2009

pk4team.pl

Napisane przez: marszoblog | maj 31, 2009

zatrzyMAJ 09

Ten miesiąc najlepiej odda pewien rysunek, o ten:

Ale o tym już było, więc nie chcę się rozwijać w materii. Jednego jestem pewien, nie ma tego złego, co nie da się przerobić w solidne przygotowanie. Plany się pozmieniały, niedługo skończę pracę nad stroną wizytówką PK4.PL TEAM, postaram się obronić i pojeżdżę na zawody jako reporter, o ile mnie wpuszczę Orgi.

Na stronie w następnych postach kolejny odcinek referatu o Thoreau, relacja z pleneru foto w Debrznie, filozoficznie o “chcieć to móc”, recenzja butów Salomona XA Comp 3, o witrynie PK4.PL TEAM, a także prywatnie – wieści o kontuzji.

A Wam jak mija/minął maj?

Napisane przez: marszoblog | maj 29, 2009

Zaniedbanie

Lekko zaniedbuję ostatnio marszobloga, wynika to przynajmniej z dwóch rzeczy, po pierwsze kontuzja mnie lekko ogranicza, nie ma gazu, nie ma pędu, nie ma szerszej motywacji. Z drugiej strony piszę magisterkę i pracuję nad stroną zespołu PK4.PL TEAM, która już całkiem niedługo ruszy.

Mamy za to logo, które przygotował Bartosz Ćmiel – Dzięki Wielgachne!

Napisane przez: marszoblog | maj 26, 2009

Wystaw się

Muzeum Ziemi Wałeckiej, jak co roku, pragnie zaprezentować w okresie letnim turystom odwiedzającym nasz region, piękno Wałcza i powiatu wałeckiego widziane obiektywami fotograficznymi jego mieszkańców.

Przypominamy, że temat fotografii poszerzony jest o życie codzienne i odświętne wałczan, ich radości, smutki, pracę i pasje.

Zdjęcia w minimalnym formacie A4 i ilości maksymalnie 5 sztuk, podpisane, prosimy dostarczyć do muzeum do dnia 20 czerwca b.r.

W związku z koniecznością zamieszczenia nazwisk autorów prac na zaproszeniach, bardzo prosimy o dotrzymanie podanego terminu.

Otwarcie wystawy, powiązane z wizytą gości z partnerskich miast i Jarmarkiem  Batorego, przewidziane jest na dzień 5 lipca 2009 r.

W przypadku otrzymania zbyt dużej ilości zdjęć, muzeum zastrzega sobie prawo wyboru prac na wystawę. – MZW

***

Sam się nie wystawię, ale zachęcam Was do wysłania zdjęć, zobaczyć siebie w Muzeum? Bezcenne. Lepiej adresować fotografie bezpośrednio do komentującej marszobloga ~kati, dane mogę podać.

Napisane przez: marszoblog | maj 24, 2009

Frazy marszobloga cd.

Zmiany widzę, coraz mniej zjawiskowych i zaskakujących fraz przekierowuje na marszobloga, wciąż sporadyczne kwiatki się wyłaniają, ale mniej ich. Widzę także, że marszoblog zmienił profil, więcej pytań o konkret, mam nadzieję, że także więcej konkretu w tym wszystkim jednak jest. A jak jest? O co pytają czytelnicy przypadkowi?

przyciemnianie brzegów zdjęcia – częste u mnie, jeśli nie naturalnie, to winieta mile widziana, jak TUTAJ, w zależności od programu można to różnie osiągnąć, zabieg z tych prostych.

buty na spływ – kiedyś doradzałem, żeby brać starsze buty zalegające po szafkach, bo gdyby na brzegu zassało, to nie tracimy nic cennego, jednak coraz więcej fachowych butów pojawia się w sklepach, na przykład TUTAJ

bicie linijką w filmach – nie popieram, filmy – rzeczywistość, nie popieram, poza tym – ktoś o to pytał?

jeszcze mi tylko spacer pozostał – no proszę, czyżby się ktoś nade mną znęcał?;) faktycznie nie postartuję i nie pobiegam z tym kolanem, ale tak otwarcie mi o tym przypominać?;)

technika chodzenia po ściance – szczerze to nawet do amatora mi brakuje, ale postaram się pomóc, chodzimy głównie nogami, lepiej bokiem, żeby za wcześnie nie odpaść od ściany, płynnie, a nie szarpać, nie wisieć na rękach, ćwiczyć paluchy, żeby nie używać tylko klam, /brzmi to amatorsko, aż za bardzo/

ryba salomon – i tutaj ktoś mnie zainteresował, bo nie miałem pojęcia o takim gatunku, chyba też miałem rację, ponieważ po poszukiwaniu znalazłem nie gatunek, a potrawę zwaną rybą Salomona, wygląda TAK

zęby c.ronaldo – zupełnie nie rozumiem po co ktoś miałby szukać takich rzeczy!?

jamnik a bieganie na długie dystanse – ktoś musiał mnie dobrze poznać, otóż nieliczni wiedzą jak ja nie lubię jamników! albo inaczej – jak one nie lubią mnie!

spór humanistów ze ścisłowcami – nie powiem, ciekawy temat, ale ja nie widzę problemu akurat, humanizm taki do jakiego jestem przyzwyczajony, nie jest nauką, a jest wiedzą, więc nie aspiruje do zmiany świata i praw nim rządzących, poza tym humanizm ma jedną zaletę, którą zauważył już Kołakowski – nie ma sytuacji kiedy pojawia się Kopernik i dawna nauka zostaje przekreślona, tutaj wiedza się kumuluje, dopełnia, rozszerza, a nie przekreśla

Tyle z fraz na ten raz.

Napisane przez: marszoblog | maj 21, 2009

Kubeł zimnej wody

Miałem w tym roku spore (rajdowe) plany, myślałem, że to najlepszy czas na ugranie kilku kilometrów i punktów, ale podczas wysokich majowych temperatur przydarzył się znienacka KUBEŁ ZIMNEJ WODY!

Byłem dzisiaj na konsultacjach ortopedyczych, skręcenie skręceniem, ale dolega mi coś jeszcze – mam uszkodzenie łękotki, które powoduje blok kolana i przykurcz 10 stopni. Miałem już robioną punkcję na 30ml. Czeka mnie artroskopia, a za nią pewnie następne kroki do podjęcia. Lekarz mówił: “wrócisz”, ale z opaską stabilizującą, albo po plasycznej (kilka blizej nieznanych słów). W efekcie sprawa wygląda następująco, czeka mnie 6 tygodni rehabilitacji po zabiegu, a później stracony sezon.  Czysto teoretycznie mógłbym wrócić na październikowego Harpa, ale sam nie widzę w tym sensu, ponieważ bez przygotowania (solidnego, bo takie tam słabe to wiem jak się kończą) to nie te same cele.

Jest to próba charakteru, na chwilę obecną czuję przemieszany smutek ze złością, wcale nie myślę o powrotach, o wielkich słowach i wątłych obietnicach. Kolano musi przede wsyztkim wrócić do używalności.

Ten utwór dziwnie pasuje:

Napisane przez: marszoblog | maj 20, 2009

Walden – H.D. Thoreau cz. 1

Kilka lat temu pisałem referat o Waldenie autora motta marszobloga, pomyślałem, że warto publikować w odcinkach tamte przemyślenia. Z dwóch powodów, możliwe, że komuś się ustalenia przydadzą, a po drugie żal mi szuflady. Praca ma charakter filologiczny, choć uciekałem jak mogłem od pewnych standardów. Przyjemności!

***

Chcę napisać kilka słów o Naturze, o absolutnej wolności i uczuciu dzikości, i stany te przeciwstawić kulturze tworzonej przez cywilizację i wychowanie. Chcę spojrzeć na człowieka jako na mieszkańca i rdzenną część Natury, a nie członka społeczeństwa.

H. D. Thoreau – Sztuka chodzenia

  1. Wstęp

Pewnego dnia, krzątający się pośród domowych zakamarków poeta – który  świadomie chronił się przed zgiełkiem, bezwzględnością i pospolitością ówczesnej cywilizacji, przed całym ogromem spraw o skażonej moralności, spraw będących dziełem nikogo innego jak drugiego człowieka, odczuwający błogi, filozoficzny spokój i nie dopuszczający by cokolwiek ten stan zmąciło, by to coś zatarło jego wypracowaną więź z ziemią – zauważył jak dwa drobne stworzenia, dwie mrówki toczyły dotąd mało ważne dla niego potyczki. Spór należał do zajadłych, takich gdzie szuka się ofiar, a niekoniecznie rozwiązania polubownego. Całej scenie towarzyszyła zupełna i bezkresna cisza, dźwięk jednak był obecny w niespokojnym umyśle poety, słyszał kłótnie mrówek niczym odgłosy wojen prowadzonych przez człowieka, obserwował ferwor walki i poświęcenie wrogich sobie armii z przejęciem. W takim momencie niestosowne i trudne są dyskusje o sprawach dla natury okrutnych, o istocie śmierci. Tylko odczuwając głębokie i trwałe związki z przyrodą, z całą otoczką rozwijającego się na naszych oczach świata, z towarzystwem posągowych, dumnych drzew, zielenią traw i krzewów, taflą jezior odbijających lazur nieba, na których pędzą różnorodne obłoki, po całej tej wspólnocie z otoczeniem nie bylibyśmy zdolni do przemocy wobec samych siebie. Więcej, przez stosunek do jednego elementu fauny lub flory zdołamy określić właściwe relacje do całej reszty. Poeta utożsamiał swoje doświadczenia z przeszłością, tradycją, z wyobrażeniami, które niekiedy zawodzą, jednakże sprzyjają one zwrotom antropomorficznym, bowiem utożsamianie i odwoływanie się do czegoś stanowi drugie jakby oblicze człowieka. Zwykłe dotychczas zdarzenia w zaistniałej sytuacji przekraczają granice utartego znaczenia, aby zyskać sens głębszy, bo duchowy.

„Czas to jedynie strumień, w którym łowię ryby”[1].

W Waldenie z mozołem, ponawianym trudem i wysiłkiem, poszukuje autor miejsca, które będzie ziemią rodzimą, codziennością oswojoną i trwałą.

2. Mysz

Ziemia nie należy do nikogo – wedle myśli Thoreau – to miejsce, które zagospo-darujemy, zbierzemy plony i nolens volens zniszczymy, dlatego glebie nie tyle powinno się pomagać, co nie przeszkadzać. Ingerencja w nią nie może być nieumiejętna i arogancka. Ziemia pełni trzy funkcje: humanizuje środowisko ludzkie, podtrzymuje więź człowieka z naturą oraz dostarcza pożywienia, dla Thoreau niesie jeszcze jedną cechę, jest ucieczką od cywilizacji, która jest instytucją i

„tłumi w pewnym stopniu życie jednostki w celu zachowania i doskonalenia egzystencji gatunku ludzkiego”[2].

Samowystarczalność poparta autorefleksją to niezwykle żywy temat Waldena. Poeta otwarcie wyrażał niezgodę wobec systemu i brak zaufania do umowy społecznej, niejako jest to źródło jego prowincjonalizmu i nie-amerykańskości, uciekał zatem nie tylko od drugiego człowieka, ale również od własnej tożsamości. Postępowanie Thoreau było atakiem na kształtującą się politykę umożliwiającą liczne, jednostkowe wzbogacanie się, dalekie ideałowi pożytku publicznego, odważnie rozprawił się z atmosferą okresu rosnącej konsumpcji w USA i powiedział niejedno o zgniliźnie amerykańskiego systemu politycznego. Wynikiem tego były rodzące się podziały społeczne, niezadowolenie ludzi i skłonność ich do buntu. Nieposłuszeństwo stało się aktem odwagi obywatelskiej, sposobem zaznaczenia swojej obecności i niezadowolenia z przemian zachodzących w społeczeństwie. Thoreau zrezygnował z życia we wspólnocie, które daje przecież poczucie bezpieczeństwa i stan posiadania, poczynił dzięki temu krok do prowincjonalizmu, ukonkretyzowania obrazu człowieka i indywidualizmu. Poza tym zaakceptował odpowiednie sankcje naturalne, opiekę i troskę o zagospodarowany teren i wszystkich gości na nim przebywających, na przykład mysz, która nie przejęta obecnością człowieka, bawiła się wewnątrz mieszkania poety, a nawet skuszona kawałkiem sera skosztowała go z ręki gospodarza, musiała być z takiego przyjęcia zadowolona,

„a potem wytarła pyszczek i łapki podobnie jak mucha i uciekła”[3].


[1] H.D. Thoreau, Gdzie żyłem i po co, s. 115, [w:] idem, Walden, przeł. H. Cieplińska, Poznań 1999. Cytat jest odpowiedzią na jedno z politycznych haseł Benjamina Franklina: „Czas to pieniądz”. Aby udowodnić kruchość tezy Franklina poeta użył ołówka do wyliczenia jak niskim kosztem można zaspokoić własne potrzeby, użył tego samego ołówka, którym według Franklina powinno się zapisywać efekty pomnażania dobytku.

[2] H.D. Thoreau, Gospodarka, [w:] op.cit., s. 53.

[3] H.D. Thoreau, Zwierzęta sąsiadami, [w:] op.cit., s. 240.

Napisane przez: marszoblog | maj 15, 2009

P!OZYTYWne plenery vol. 1

Poniosło nas do Tuczna, tematycznie sprawa była jasna – fauna, flora i modelki. Próbowałem odwrotnego mocowania, Raynoxa DCR-250, a także stawiałem pierwsze kroki w modelingu, co wychodziło mi… średnio. Tak sobie teraz myślę, że nauczyłem się jednak kilku cennych rzeczy, wiem jak inwestować dalej ze sprzętem i co się przydaje bardziej w różnych sytuacjach. Zapraszam do efektów:

1.

macro3próbka z DCR-250

2.

modelka: Daria M.

3.

odwrotne mocowanie KIT + 50mm

4.

modelka: Daria M. po raz drugi

5*.

a w tej chałupinie pomieszkiwaliśmy;)

Plener Pilskiej Grupy Fotograficznej P!OZYTYW w Tucznie 1-3 maj

Napisane przez: marszoblog | maj 14, 2009

Setka z Hukiem!

podstawowe znaki drogowePamiętnik z przyszłości mógłby zanotować cenny wpis, wspomnienie po Setce z Hakiem. Kiedy od stycznia trenowałem mocno, kiedy przecierałem się w kilku biegach ulicznych, miałem gdzieś jednak niedaleko w perspektywie wiarę, że tym razem musi się udać, bo jadę sam, bo setka będzie prosta nawigacyjnie, bo jestem na gazie, bo kurde już pora coś osiągnąć i co się wtedy dzieje? Przytrafia się pechowe skręcenie stawu kolanowego z przykurczem 10st. Problemy z kolanem nie są dla mnie niczym nowym, oba były już nie raz poturbowane, oba zatrzymywały walkę o coś fajnego, oba uczyły pieprzonej pokory. Nie wiem na ile mnie to zatrzyma, nie wiem czy jestem z dobrej gliny na napieracza (a może Word ma rację poprawiając wciąż słowo napieracz na nabieracz), bo właściwie co rusz, co chwilę coś się dzieje. Nie chcę się nad sobą użalać, nie taki był cel prowadzenia marszobloga, żeby się stale z czegoś tłumaczyć, żeby stale mówić: „może następnym razem”.

Setką z Hakiem miałem się dopiero rozpędzić, żeby zaliczyć ważnego dla mnie WSSa, a także pozostałe setki pucharowe. Już miałem zrobione zakupy, a pociąg do Opola odjedzie jutro po 10.00. No właśnie, odjedzie. Dokładnie w tym samym czasie w zeszłym roku też miałem podobną sytuację, jeszcze wtedy SzH sąsiadowała w grafiku z Kieratem.

Kontuzje są parszywą częścią sportu, nie muszę się długo zastanawiać, żeby podać doskonałe przykłady na absencje kluczowych zawodników w różnych imprezach, równie wiele było powrotów na wysoki poziom. W moim przypadku to jednak nie wygląda w ten sposób, że jeżdżę pomiędzy startami, a raczej pomiędzy kontuzjami. Tak, jestem zły, że kolejnym razem pociąg się wykoleił, na dodatek dwa dni przed startem, akurat kiedy ostrzyłem sobie apetyt.

Ten post jest ciężkostrawny, jednak tam samo jak byłoby miejsce na relację z udanego startu, musi być miejsce na złość, że z Setki z Hakiem zrobiła się Setka z Hukiem! Szach trach i po zawodach.

Za tydzień będę wiedział więcej, czeka mnie wizyta u ortopedy, czeka mnie podjęcie jakichś działań, a może właśnie nie działanie, czas pokaże, czas przyszły, tymczasem!

Napisane przez: marszoblog | maj 9, 2009

o tym, że z Leszka Żukowskiego byłby dobry rajdowiec

Szykuję się do kolejnego startu, kolejnej setki. Zastanawiałem się nad prostym pytaniem, po co? Może dlatego, że czasami wolę być zupełnie sam, a w tej samotności sprawdzać psychomotoryczne możliwości, naginać normy i niezdarnie tańczyć na granicy zła. Często wnioski mogą niepokoić, szlifuję rysy, ale to wcale nie musi pomóc, mogę wtedy zwątpić w to, co do tej pory udało się osiągnąć reżimem i nawet stoczyć się na samo dno jeśli będą ku temu sprzyjające kłody. Trzyma mnie fałszywe przeświadczenie, że posiadam wiarę w niemożliwą moc, to taka typowo męska ambicja, pozostałości tempa z kreskówek. Trafia mi się oszukać samego siebie, że mogę poruszyć was na kilka chwil, co trochę pomaga mi pisać i trwać w tym, a prawda pewnie jest bardziej szorstka, zatopiona w domysłach. Na pewno czułeś kiedyś wielki strach, po który ja teraz jadę, strach przed próbą, przed podjęciem ryzyka, przed możliwym zawodem, typowe kiedy ma się jakieś oczekiwania, kiedy nie chce się przegrać, kiedy nie chce się kogoś zawieść. A forma bywa złośliwa, bywa czułą tkanką na wszystko, co się dzieje dookoła, na każde przeciążenie, każdą próbę, aż budzisz się ze świadomością, że oto mija twój najlepszy czas. W takich momentach morale spadają zbyt szybko, a czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas, breja zniechęcenia nie wypuszcza tak szybko, zasysa powoli całą wiarę, że to, co robimy ma sens, ma jakieś uzasadnienie. Najlepiej się wtedy zrestartować, ale tak trudno znaleźć drogę w ciepły sen, kiedy myśl powraca jak bumerang drążąc swoje korytarze w naszym spokoju. Zgodzę się, że nadwrażliwość jest jak bilet w jedną stronę stąd, jest kalectwem, które każe nam wciąż kalkulować, rozumieć głębiej niż często trzeba, nie motywuje, bo zamiast szukać rozwiązania problemu, ogląda ten problem z każdej strony i szuka genezy. Wracając, muszę leczyć się na ból i strach, ten o którym już wspomniałem, ciąć je ostrzem pewności siebie, wiedzą, że jednak zrobiłem, co mogłem w danym momencie. Liczą się próby, liczą się podjęte wyzwania, liczą się odruchy stłumionej odwagi, te kilometry prowadzące do miejsc, których nie znamy, a które mają sporo do zaoferowania, bo w tym świecie okraszonym pasjami jedna zasada jest najważniejsza – NICZEGO NIE BĘDZIE ŻAL!

_______________________________________________________

Kuryswą zaznaczyłem tekst utworu “Leszek Żukowski” zespołu Coma, ten oto:

Starsze wpisy »

Kategorie