rusza liga NBA. Po niezwykle ciekawym okresie transferowym, kiedy to wielcy udowodnili, że można więcej/wyżej/drożej, pora na sezon regularny. Jako kibic tej ligi, czytelnik Supergiganta, postanowiłem zawiesić w sieci swoje przemyślenia i swoje nadzieje.
1. Będzie magicznie za sprawą ekipy z Orlando. Już mniejsza o Gortata, który zapowiada walkę o miano najlepszego rezerwowego ligi w tym roku, ale ten klub (finalista z poprzedniego sezonu przecież) dopuścił się rewolucji w swoim składzie. W mojej opinii pieniądze jakie zapłacono Hedo Turkoglu są w dużej mierze wyśrubowane ponad poziom przyzwoitości, turek może w Toronto nie mieć z kim grać dobrej piłki, może nie udźwignąć metki gwiazdy zespołu, jego natura to jednak gra zespołowa. Magicy jednak nie czekali długo i skompletowali zespół na wskroś błyskotliwy, Howarda przedstawiać nie trzeba, Gortata też stać na niebanalne zagrania, Rashard miewa mecze genialne, Nelson w formie nie ma sobie równych, a dołączył jeszcze pochodzący z Orlando Vince Carter (król konkursu wsadów), silni Barnes i Bass, a na dokładkę Jason Williams – wirtuoz asyst. Ten zespół nie tylko będzie grał skutecznie atak/obrona, ale na dodatek widowiskowo, a momentami wręcz cyrkowo.
2. Kibicuję jednak od lat LAL. Zespół, który się odbudował dwa lata temu po kilkuletnim kacu spowodowanym odejściem O’Neala. Kobe nie dusi już rekordów, choć nadal nie lideruje jak MJ, jednak nie musi tego robić, bo siwy już zupełnie Phil wie jak dograć elementy układami. Nie bez powodu porównuje się dawne Chicago do tegorocznego garnituru LAL, dołączył Artest za Arizę (Houston), co jest szczyptą szaleństwa, bomba zegarowa zacznie swoje odliczać, ale z pożytkiem dla zespołu. Wierzę, że topór wojenny Bynuma z Philem już zakopany, ten młody center w tym roku pokaże swoje możliwości.
3. Jest jeszcze pakiet zespołów, które mają aspiracje mistrzowskie – Cavs jednak w mojej opinii nie dojdzie do finału ligi, a LeBron po sezonie zmieni środowisko (chciałbym, żeby było to NYK, niech marketingowcy zaczną kręcić swoim 0-błędnym kołem) – Celtics i kolano Garnetta mają rezerwę, jest nim Wallace, ale co roku Ray będzie wolniej biegał do kontr, a rzuty figurowe Pierca’a spowszednieją, z całą sympatią dla tych ambitnych tetryków, ale nie odważyłbym się postawić na Boston – SAS brać pod uwagę zawsze trzeba, ale kto jak kto, oni mają już solidną konkurencję.
4. Idzie nowe. Nr 1 draftu to tym razem Griffin, którego wizytówką są silne dunki, jednak jego LAC to jeszcze za młody zespół, choć popatrzeć warto. Chicago i Rose nie rozwiną się od poprzedniego sezonu gdzie postraszyli jednak w Playoffach, co było sporą niespodzianką. Są jednak zespoły na które po cichu liczę, największy progres ma szansę zrobić Memphis, do Gaya, O.J. Mayo i młodego Gasola dołączyli Zach Randolph – taran, który w każdym zespole czuje się świetnie, a jego grę mogę ocenić jako ironiczną, Thabeet – młody center z draftu i przede wszystkim mający ostatnią szansę na odejście w wielkim stylu A.I.
Kolejne składy dla mnie kompletne to Denver, Atlanta i Portland, byłem zadziwiony, że już w zeszłym roku nie siały postrachu, ale z jednej strony kontuzje (Oden, Melo), a z drugiej gorąca krew tych zespołów.
5. Żałuję składów jednej gwiazdy, takich jak Miami (Wade), New Orleans (CP3), Indiana (Granger), które tylko wstrzymują talenty swoich liderów, do czasu – bo albo nastąpią bunty na pokładzie, albo podzielą losy listonosza z Utah. Czekam na powroty Arenas (Washington), Tracy (Houston), koniec pieczenia babeczek, pora na Top 10 każdego tygodnia.
To tylko zostało nam czekać na start rozgrywek, a też nie byle jaki, bo pojedynkiem Cavs-Boston.