W końcu od maja przebiegłem swoje pierwsze 2km, biegło mi się ciężko, jak na finiszu marcowej połówki, ale z jaką radością, że nic nie blokuje, że w ogóle mogę biec. Za wcześnie, aby głosić powrót, ale zawsze miłe doświadczenie…
2km
Napisane w Uncategorized
A tymczasem już jutro…
rusza liga NBA. Po niezwykle ciekawym okresie transferowym, kiedy to wielcy udowodnili, że można więcej/wyżej/drożej, pora na sezon regularny. Jako kibic tej ligi, czytelnik Supergiganta, postanowiłem zawiesić w sieci swoje przemyślenia i swoje nadzieje.
1. Będzie magicznie za sprawą ekipy z Orlando. Już mniejsza o Gortata, który zapowiada walkę o miano najlepszego rezerwowego ligi w tym roku, ale ten klub (finalista z poprzedniego sezonu przecież) dopuścił się rewolucji w swoim składzie. W mojej opinii pieniądze jakie zapłacono Hedo Turkoglu są w dużej mierze wyśrubowane ponad poziom przyzwoitości, turek może w Toronto nie mieć z kim grać dobrej piłki, może nie udźwignąć metki gwiazdy zespołu, jego natura to jednak gra zespołowa. Magicy jednak nie czekali długo i skompletowali zespół na wskroś błyskotliwy, Howarda przedstawiać nie trzeba, Gortata też stać na niebanalne zagrania, Rashard miewa mecze genialne, Nelson w formie nie ma sobie równych, a dołączył jeszcze pochodzący z Orlando Vince Carter (król konkursu wsadów), silni Barnes i Bass, a na dokładkę Jason Williams – wirtuoz asyst. Ten zespół nie tylko będzie grał skutecznie atak/obrona, ale na dodatek widowiskowo, a momentami wręcz cyrkowo.
2. Kibicuję jednak od lat LAL. Zespół, który się odbudował dwa lata temu po kilkuletnim kacu spowodowanym odejściem O’Neala. Kobe nie dusi już rekordów, choć nadal nie lideruje jak MJ, jednak nie musi tego robić, bo siwy już zupełnie Phil wie jak dograć elementy układami. Nie bez powodu porównuje się dawne Chicago do tegorocznego garnituru LAL, dołączył Artest za Arizę (Houston), co jest szczyptą szaleństwa, bomba zegarowa zacznie swoje odliczać, ale z pożytkiem dla zespołu. Wierzę, że topór wojenny Bynuma z Philem już zakopany, ten młody center w tym roku pokaże swoje możliwości.
3. Jest jeszcze pakiet zespołów, które mają aspiracje mistrzowskie – Cavs jednak w mojej opinii nie dojdzie do finału ligi, a LeBron po sezonie zmieni środowisko (chciałbym, żeby było to NYK, niech marketingowcy zaczną kręcić swoim 0-błędnym kołem) – Celtics i kolano Garnetta mają rezerwę, jest nim Wallace, ale co roku Ray będzie wolniej biegał do kontr, a rzuty figurowe Pierca’a spowszednieją, z całą sympatią dla tych ambitnych tetryków, ale nie odważyłbym się postawić na Boston – SAS brać pod uwagę zawsze trzeba, ale kto jak kto, oni mają już solidną konkurencję.
4. Idzie nowe. Nr 1 draftu to tym razem Griffin, którego wizytówką są silne dunki, jednak jego LAC to jeszcze za młody zespół, choć popatrzeć warto. Chicago i Rose nie rozwiną się od poprzedniego sezonu gdzie postraszyli jednak w Playoffach, co było sporą niespodzianką. Są jednak zespoły na które po cichu liczę, największy progres ma szansę zrobić Memphis, do Gaya, O.J. Mayo i młodego Gasola dołączyli Zach Randolph – taran, który w każdym zespole czuje się świetnie, a jego grę mogę ocenić jako ironiczną, Thabeet – młody center z draftu i przede wszystkim mający ostatnią szansę na odejście w wielkim stylu A.I.
Kolejne składy dla mnie kompletne to Denver, Atlanta i Portland, byłem zadziwiony, że już w zeszłym roku nie siały postrachu, ale z jednej strony kontuzje (Oden, Melo), a z drugiej gorąca krew tych zespołów.
5. Żałuję składów jednej gwiazdy, takich jak Miami (Wade), New Orleans (CP3), Indiana (Granger), które tylko wstrzymują talenty swoich liderów, do czasu – bo albo nastąpią bunty na pokładzie, albo podzielą losy listonosza z Utah. Czekam na powroty Arenas (Washington), Tracy (Houston), koniec pieczenia babeczek, pora na Top 10 każdego tygodnia.
To tylko zostało nam czekać na start rozgrywek, a też nie byle jaki, bo pojedynkiem Cavs-Boston.
Napisane w Uncategorized
Wykop PZPN…
…jako czytelnik Supergiganta, kibic zdrowych i czystych emocji sportowych, były trampkarz i junior drużyny piłkarskiej z miasta rodzinnego, poparłem akcję, która moim zdaniem jest ważna dla nas samych, dla naszego sumienia osób chcących dobrze, jednak wciąż wystawianych na próby charakteru. Dla mnie poparcie akcji jest staraniem o mniejsze dawki stresu w przyszłości, jest to inwestycja długoterminowa.
Zapoznajcie się z listem napisanym do prezydenta FIFA Josepha Blattera i prezydenta UEFA Michela Platiniego, a jeśli zgadzacie się z postulatami to dołączcie. Wystarczy wejść na stronę zlinkowaną poniżej i wykopać PZPN:
Napisane w Uncategorized
A tymczasem w Redzie…
… już za chwilę wystartuje kolejna edycja Harpagana.
Brakuje mi tych zawodów, emocji im towarzyszących, najpierw dojazdu na północ, zwiedzanie pofałdowanych krajobrazów z okna w aucie, prób urwania kilku choćby minut na sen. Po czym szukania Bazy, zastanawianie się w którą stronę będzie kierunek pierwszego PK. Wejścia na salę, gdzie już wypatrywało się znajomych, gdzie połową sukcesu było miejsce pod śpiwór. Wyczekiwanie, a na godzinę przed startem intensywne przygotowanie, plecaka, odzieży, prowiantu, izotonika. Po czym nerwowa toaleta, a zaraz po niej wyjście na plac i wsłuchiwanie się w starostów, sołtysów i innych ważnych tego półświatka, którzy witając pytali: “…a jakie to zawody?”. Później to już tylko wielkie odliczanie – kilometrów, PK, zakrętów, wody w bukłaku, osób przed i za sobą – jedna wielka matematyka harpaganowa. Będzie mi tego w tym roku brakowało, a jest to już drugi odpuszczony Harpagan.
Będę za to trzymał kciuki za walczaków o podium, za debiutantów, bo wtedy Harp boli najdotliwiej, ale przede wszystkim za Agnieszkę i Pawła! Zróbcie wynik, niech mi w pięty pójdzie! ; )
Napisane w Uncategorized
A tymczasem w Poznaniu…
… pobiegnie rekordowy i jubileuszowy maraton, już przeszło 5300 zgłoszeń! Rzecz marzenie, pod nosem, a ja… będę wtedy w pracy i będę kibicował z odległości. Nie zabraknie na nim osób, na których dobrym wyniku mi zależy!
Szczególnie liczę na Olę, Zbyszka, Jarka, Przemka i Agnieszkę! Powodzenia!

Napisane w Uncategorized
A kiedy mnie nie było…
Gdzieś przeczytałem, że kiedy człowiek zbudowany jest z licznych pierwiastków, w których zawsze jeden dominuje resztę i lideruje grupie. Kiedy mogłem biegać, to adrenalina związana z tą pasją i tym zajęciem była takim liderem, skupiałem się na wysiłku, treningach, bieganiu i zawodach. Reszta zainteresowań czekała w uśpieniu na swój moment, który mógł nigdy nie nadejść, gdyby lider nie czułby się osłabiony. Nie biegam, nie jest to także tajemnicą, więc zawrzało i doszło do zmiany w czołówce. Teraz skupiam się na pracy, ale przede wszystkim uczę się fotografii, konkretnej jej odmiany. Nie jest to temat marszobloga, który miał pewne wartości i pewną filozofię, która jest nadszarpnięta i wystawiona na próbę. Przygotowałem za to pewną ankietę, mam nadzieję, że pomożecie;)
Napisane w Uncategorized
Rurzyca rok później…
W czerwcu ubiegłego roku, czyli dawno, dawno temu, spływałem malowniczą rzeką – Rurzycą, poczyniłem nawet POST na ten temat. Wiedziałem, że powrót w tamte rejony jeszcze nie raz zaliczę i taki kombak już nie tak dawno zaliczyłem. Organizacja spływów dla znajomych przynosi wiele frajdy, jest to rzecz prawie terapeutyczna, bo podobno poprawia stosunki. Nie będę pytał o konkretne przypadki, nie taki charakter, ale jedno jest pewne – fajną mieliśmy ekipę, którą powtórzyć będzie (wbrew pozorom) bardzo łatwo – wystarczy, że popłyniemy ten sam skład, wzbogacony o dwie pary, na których też mi zależy.

Nie będę pisał zwykłej relacji, których jest już kilka, a skupię się na anegdotycznych aspektach spływania. Co zatem można spotkać na Rurzycy, a czego przed obecnym spływem nie wiedziałem:
1. Zaszczytne miano dostaną… Kormorany! Pamiętacie tkliwy utwór Piotra Szczepanika? Otóż są to ptaki, w których higienie niewiele jest dobrych przyzwyczajeń, a ich ślady z pełnym patosem potrafią urozmaicić krajobraz. Opowiem wam historię: rzeka się wiła swoim płynnym pluskiem, ocierając się o błyszczące kamienie, wirowała nurtem w napotkanych jeziorach, prowadziła ten kajak dumą i aż przyjemnie było skończyć dzień spływowy, aż przyjemnie było odnaleźć się na tej plaży ze spinającym go pomostem, po rozbiciu namiotu, po spojrzeniu w zachód, po wejściu na ten posągowy pomost… nie usiądziesz nawet! Przez kormorany oczywiście, dumę naszych jezior. Ale otwierać namiot i spłoszyć stado kormoranów? Bezcenne!
2. Kolejnym doświadczeniem wartym odnotowania jest jedyne przygotowane miejsce campingowe na Rurzycy, czyli leśniczówka Wrzosy. Znam kilku pretendentów na leśników, wiem, że nie pokuszą się o podobne cuda w przyszłości, ale wyjątki czynią życie ciekawszym. Otóż globalizacja w pełni i pewne przyzwyczajenia zaczynają od siebie czerpać wzorce, pewnie ma to jakąś psychologiczną nazwę, zatem włodarze z Wrzosów jeden trik stosują, jest to camping typu “Wszystko za 8zł”. W efekcie rozbicie namiotu to 8zł, jedna w nim osoba to kolejne 8zł, wiązka drewna do kominka (jest kominem, nie ma ogniska) to kolejne… nie tym razem, wiązka to 5zł. Jak na warunki turystyczne, zwane także polem namiotowym, nie jest tanio (delikatnie powiedziane), ale muszę być szczery do końca, w życiu nie widziałem lepszych toalet na campingu, socjal pełną gębą na celujący. Pięknym miejscem do rozbicia namiotów jest skarpa przy jeziorze, jednak nie polecam Wam tego miejsca, które z góry rezerwuję dla siebie. Po reklamie.
3. Podczas tego spływu dowiedziałem się jeszcze jednej rzeczy, którą ~kati już wywołała poniekąd. Rurzycy nie da się przepłynąć w poprzek, mimo kilku prób, ale już tyłem owszem bez większych nawet problemów. Wszystko zależy oczywiście od umiejętności, nie piszę tego z przekąsem, a ze szczerej radochy, że spływanie można nazwać kolekcjonerstwem wrażeń. Wtedy właśnie jest pięknie, wtedy pamięć chce kodować wspomnienia.
Moi spływowicze, jeśli to przeczytacie, to musicie wiedzieć, że uważam przygodę zwaną “Rurzyca 2009″ za niezwykle udaną. Chciałbym, żeby każdy mógł się znaleźć na liście podziękowań z imienia, jak Was zapamiętałem w skrócie: moja dzielna muza Alicja; Zbyszko z Poznania – tak się poświęcał, że aż ryzykował sobą; Ola(la) – za dowód, że można mieć wielkie serce i silne ręce; Paweł – siła tkwi w spokoju; Marta S. – skrót zarówno od nazwiska, jak i od słowa “super”; Łukasz – w poszukiwaniu Eskalibura zwanego dobrym wiosłem; Ania – największe stężenie życzliwiości na cm2; Marta Z. – za emocje i walkę do końca; Maciej – siewco pozytywności; Marlena – zwana cwanym bagażem; Jarek – za wspólną walkę z materacem. Do następnego…
Napisane w Uncategorized
Miniony weekend…
Tak to, to tak to już bywa.
Tak to czas sobie upływa…
Jak mógł wyglądać ten wpis? Mógł mieć logo zawodów setkowych – Jesiennych Trudów, mógł traktować o zmaganiach, bohaterskich wyczynach i zamachach na kilometry, mógł być inny po prostu. Z żalem spoglądałem w kalendarz, z żalem spoglądałem na moje Salomony, z dumą myślałem o wcześniejszych próbach łamania setki, po czym znowu wracał żal z soczystym kopniakiem w tyłek. Wiecie ile można mieć motywacji do treningu? Miliony pomysłów, wytrychów, haczyków itp., ale bywa i tak, że to nie motywacja idzie, nie ona zgina kolano, nie ona je stabilizuje, robi to samo kolano, które u mnie szwankuje. Dlatego jak widać odpuściłem, niezrealizowana ambicja mnoży stres, świadomość powagi kontuzji wymaga pokory, nie chcę myśleć za dużo o zawodach, o bieganiu, o startach, nie szukam dat powrotu, przecen na buty i nowych wpisów. Wszystko przez to, żeby nie szukać dołka, nie wbijać pod siebie szufli za szuflą. Powiecie, że trzeba siły, trzeba żywiołu, ale to przecież fakt niezaprzeczalny, że rajdowanie to nie filatelistyka, tutaj trzeba powietrza, trzeba zmęczenia, zakwaszenia i potu, więc nie da się pisać na sucho…
Wracając, gratuluję startujacym na Jesiennych Trudach! Dobra robota! Zazdroszczę Wam;)
Napisane w Uncategorized
Korytnica cz. 1
Tak już bywa, że czasami spływam. I nie piszę bynajmniej o spadającej aktywności na marszoblogu, która jest pokłosiem kontuzji. Spływam dosłownie, z pełnym oddaniem, czerpiąc z rzeki ile się przeleje. Zaliczając już kilka ciekawych tras, moi przyjaciele zaproponowali rzecz nową, jeszcze słabo rozreklamowaną, co mam nadzieję w małym procencie odmienić – spłynięcie Korytnicą. Rzecznym prawem każdy dopływ ma swoje ujście, które w przypadku opisywanej rzeki znajduje się w samej Drawie. Tym większego smaku nabierałem, tym wyżej podnosiłem w wyobraźni poprzeczkę, zarówno estetyczną, jak i przygodową. Stało się, spłynąłem.
Kajaki wodowaliśmy na wschód od miasteczka Mirosławiec, dzisiaj pewnie słynie z produkcji wody mineralnej „Żywiec”, wcześniej być może też było rozpoznawalne, ale po czym możliwe, że dopowie Paweł vel bjarniak (tak, to nasz organizator i sercem bliskie mu są te tereny). Pierwsze metry pokonujemy przez jezioro Kosiakowo, przyznam, że nie zaskoczyło mnie ono szczególnie, większą frajdę czerpałem z samego faktu, że robię coś w te wakacje. Za jeziorem zaczynają się młyny rzeczne, gdzie konieczne będą przenoski kajaków prawym brzegiem, jako ten kulawy tylko dopingowałem moją ekipę w tej esencji spływowych mordęg. Rzeka jest w pierwszym odcinku spokojna, czasami łapie prąd zasilany poprzez dopływy (Młynówka, Setnica), jednak pod względem trudności nie sprawia problemów, nie każe stosować wymyślnych technik kajakowych, tylko czasami czeka na nas przyczajona kłoda, ukryte bystrze. Z większym luzem dopływamy do wsi Stara Korytnica, tam znów przenosimy, tym razem lewą stroną, dalej rzeka spokojnie meandruje, brzeg się wznosi, co rusz uciekają zimorodki, czasami większy ptak.
Kolejnym punktem dnia, po przepłynięciu około 15km, jest jezioro Studnickie. Warto przypilnować, żeby nie ugrzęznąć w mule, tafla wody jest bardzo płytka, czasami kilkucentymetrowa, stanąć na takiej wodzie, to gimnastyka większego natężenia, żeby uniknąć nieprzyjemnej przygody, warto trzymać się lewego brzegu, który jest rzekomo bardziej przyjazny. Jeszcze przed samym wpłynięciem na jezioro, rzeka wije się i zakręca kilka razy pośród trzcin, myślę, że nie jest to rzadkość, aby pośród nich wypatrzyć czaplę, czy błotniaka. Za jeziorem unosi się dumnie piękny metalowy most kolejowy, kiedyś go z Pawłem przechodziliśmy górą, nie ma barierek, nie ma zabezpieczeń, wolałbym drugi raz nie ryzykować takiej przeprawy, a z perspektywy rzeki wygląda na trudny, długi i niebezpieczny. Dalej miniemy jeszcze dwa mniejsze mosty drewniane, które urozmaicają odcinek, po czym kolej na jezioro Nowa Korytnica, na którym nie trafiliśmy większej fali, jak to z takimi jeziorami bywa, płynie się i płynie, dłonie (szczególnie te polonistyczne) po całym dniu mają prawo upomnieć się o inne chwyty wiosła. I tak wpływamy do małej zatoczki, gdzie funkcjonuje całkiem zacne pole namiotowe, z osobną strefą toalet, ciekawym ogniskiem, zaprzyjaźnionym panem transportującym domowej roboty wypieki i dania, warto skorzystać, bo są pyszne. Do pełni szczęścia brakuje tylko małej plaży, ale to już luksus innej maści.
Tak oto kończy się pierwszy dzień spływu Korytnicą i pierwsza część solidnie spóźnionej relacji.
Napisane w marszoefekty, marszozachęta
Przypadki marszolekturowe cz. 1
Mam wrażenie, że jeśli coś nas interesuje, to często szukamy elementów tej materii w zupełnie niespodziewanych miejscach i momentach. Zainteresowania zmuszają nas do specyficznej interpretacji, często lekko na siłę, ale zawsze w zgodzie z sobą. Co jest tematem marszobloga – mam nadzieję widać, a co dzięki temu znajduję – mam nadzieję umieszczać w serii “przypadków marszolekturowych”.
Dzięki mojej współlokatorce mam dostęp do tzw. Wysokich Obcasów, bynajmniej nie tych noszonych, a tych czytanych. Ta wkładka, ten dodatek do GW jest z pewnością ciekawy dla kobiet, porusza wartościowe tematy, nie dławi się w typowym dla prasy kobiecej wyławianiu tanich sensacji i wygładzonych portretów. No, mniejsza o to, zalety dodatku to inna bajka, nie moja bajka. Mnie interesuje zamieszczony wywiad z Jurijem Andruchowyczem w cyklicznie zamieszczanej rubryce z wywiadem tzw. Męskiej Końcówce (ponownie tytuł konstruowany dwuznacznie).
J. A. – “(…) imponuje mi zachodnie, zmysłowe podejście do życia. Do ciała. Ono wynika moim zdaniem w wyższego dobrobytu, który z kolei pociąga za sobą ateizm. W systemie ateistycznym najwyższym dobrem i celem jest każde odrębne ludzkie życie. I to właśnie ludzkie życie w postaci cielesnej, fizycznej. Ponieważ w ateizmie wiadomo, że oprócz życia tu i teraz nie ma już nic, nie ma niczego po śmierci, to życie zyskuje na wartości. Życie zaklęte w ciele jest zdeterminowane, żeby zdążyć. Natomiast w systemie wschodnim, w przypadku Jarofiejewa – rosyjskim prawosławiu, dominuje quasi religijność, która powoduje abnegację wszystkiego, co związane z ciałem, a gloryfikuje to, co związane z duchowością. Nigdy zresztą nie rozumiałem, co to znaczy “duchowość”. Duchowość to nie jest kultura, to nie jest religijność – może suma kultury i religijności? Moim zdaniem ta “duchowość” sama w sobie jest jakimś symulakrem.
Ale ciało i dusza wcale nie muszą ze sobą walczyć. Bardzo fajnie powiedział kiedyś taki jogin: “Czasami dla rozwoju duchowego nie ma nic lepszego, niż pograć sobie w piłkę”. I to jest świetna synteza ciała i rozwoju duchowego.”
Cały wywiad jest opublikowany w Wysokich Obcasach nr 24 (527) sobota 13 czerwca 2009. Szanuję Andruchowycza za jeszcze jedną rzecz, jest autorem przekładów z polskiego Tadeusza Konwickiego, o którym pisałem pracę magisterską, z której będę się jutro bronił, więc trzymajcie kciuki!
Napisane w Uncategorized
Walden – H. D. Thoreau cz.3
4. Mrówki
Każda jednostka jest całkowicie odpowiedzialna za obecny stan świata, tłumaczeniem nie mogą być ani uwarunkowania kulturowe, ani ograniczenia bytowe. Problem ten zgłębiał Emanuel Levinas[1], który wiązał podmiot z pojęciami odpowiedzialności i bliskości. Czas anachroniczny sprzyja powołaniu odpowiedzialności za Drugiego, wtedy mamy do czynienia z Mówieniem, „Mówienie jest bliskością jednego wobec innego, zaangażowaniem zbliżania się, jeden dla innego, sama znaczeniowość (la signifiance) znaczenia”[2]. Aby można było uznać Mówienie jako autentyczny twór, trzeba wykazać, że podmiot wobec Drugiego jest bezinteresowny, poeta nie rościł sobie nigdy do sąsiadów żadnych pretensji, niczego nie żądał. Kiedy dochodzi do takiego porozumienia między dwoma stronami dialogu, kiedy nie jest się powodowanym chęcią zysku lub przywłaszczeniem korzyści niematerialnych, kiedy dochodzi do zbliżenia Innego z Tym Samym – możemy mówić o doświadczeniu bliskości. „Inność liczy się tutaj (…) jako bliski w bliskości (…) bliskość jako mówienie, kontakt, szczerość ekspozycji”[3]. W tym rozumieniu odpowiedzialność jest przejawem człowieczeństwa, jest podmiotem. Ponosimy odpowiedzialność także za wojny, gdyż nasze własne zachowanie często jest agresywne, egoistyczne, przepojone niezdrowymi uprzedzeniami i ideologiami, powodowane chwilą i głównie emocjami.
Wojna mrówek przedstawiona w eseju Zwierzęta sąsiadami posiada znamiona tych prowadzonych przez człowieka, poeta nie uniknął porównań mitologicznych opisując antagonizm owadów, obraz zyskał formę eposu, stylu wysokiego, jego patosu, malowniczości i dynamiki. Scena odzwierciedla destruktywne elementy polityki plemiennej, ekspresję gniewu, agresji i zajadłości. Mrówka z obcej armii staje się momentalnie wrogiem, nie ma wtedy praw, jakie obowiązują członków plemienia, jest celem ataku, należałoby ją zabić i uczynić z niej trofeum, tak samo zachowuje się człowiek, który walcząc pozbawia ofiarę cech ludzkich i traktuje ją jako przeszkodę. Walczący rezygnuje z systemu wartości i przekonań na rzecz solidarności z daną grupą, ojczyzną czy dla innych wyższych wartości. Poświęcenie zostanie nam zaliczone w poczet dobrych uczynków, jeśli jest całkowicie bezinteresowne, a wojna niesie za sobą przecież profity, nie tylko materialne, daje sławę i możliwość dyktowania swoich warunków podczas późniejszych negocjacji. Mrówki do walki zostały zmuszone biologicznie, istoty ludzkie zaś „walczą nie dlatego, że są do tego zmuszane biologicznie, lecz dlatego, że są do tego skłaniane kulturowo”[4]. Urodzenie determinuje naszą postawę wobec jakiegokolwiek problemu, naznacza człowieka i nie pozwala mu się zdystansować, a poeta chciałbym widzieć to w innym świetle.
Wzorem walki propagowanym przez Thoreau jest „walka bez użycia przemocy”. Należą do nich odmowy współpracy i posłuszeństwa, strajki, bojkoty, głodówka, izolacja[5]. Takie postępowanie nazywane jest „biernym oporem”, choć „w sytuacjach konfliktowych są to zawsze zachowania będące przedsięwzięciami czynnymi”[6], dotyczy to na przykład bierności politycznej, która zmusza agresora do podjęcia pokojowej drogi dialogu i dyskusji, czyli wymusza jakiś czyn. O co jednak walczymy? Walden ma intencje dywersyjne, poruszane są problemy tzw. „zagadnień dnia” w sposób charakterystyczny dla mentalności środowiska transcandentalistów. Wolności nie można osiągnąć idąc ścieżką rewolucji, trzeba ją w sobie pielęgnować, uprawiać i dbać jak ziemię, widzieć i wtedy działać. „Na wolność jednostki składa się jej zdolność do wybrania celu, znalezienia drogi i do zebrania owoców jej wysiłków czy dążeń”[7], jest stanem umysłu, wyzbyciem się egoizmu w imię wyższych wartości. Z podziału wolności na pozytywną i negatywną sporządzonego przez Izajasza Berlina[8] ta znad jeziora Walden bliższa jest wolności pozytywnej, osiągalnej dzięki własnej woli.
[1] E. Levinas, Całość i nieskończoność. Esej o zewnętrzności, przeł. Małgorzata Kowalska, Warszawa 1998.
[2] E. Levinas, Autrement qu’etre ou au-dela de l’essence, La Haye 1974, s. 78, cyt. za, Ks. M. Jędrzejewski, W poszukiwaniu nowego humanizmu J.-P. Sartre – E. Levinas, Kraków 1994, s. 152.
[3] E. Levinas, op. cit., s. 19, cyt. za, Ibidem, s. 152.
[4] B. Malinowski, Wolność i cywilizacja oraz studia z pogranicza antropologii społecznej, ideologii i polityki, przeł. J. Mucha i J. Obrębski, Warszawa 2001.
[5] W. Modzelewski, Walka bez użycia przemocy. Metody i idee, Warszawa 1986.
[6] Ibidem, s. 30.
[7] B. Malinowski, op.cit., s. 45
[8] I. Berlin, Dwie koncepcje wolności, [w:] Cztery eseje o wolności, Warszawa 1994.
Napisane w Uncategorized
Walden – H.D. Thoreau cz. 2
Druga część referatu o autorze motta marszobloga.
***
4. Kuropatwa
Przykład Waldena jest dowodem na to, że łatwiej uczynić doświadczenie typowe wyrazicielem treści humanistycznych, niż specyficzne (choć dla mieszkańców Concord zachowanie Thoreau posiadało znamiona dziwaczności), i że realistyczna sceneria potraktowana bardzo rozlegle jest przestrzennym obrazem stosunków międzyludzkich (czyli stosunków między wyobrażeniami, a nie samymi istotami ludzkimi). Jednak to humanizm przemawia nadspodziewanie ciepłym tonem wzruszenia i współczucia dla człowieka uwikłanego w konflikt, który ukazuje jego osamotnienie z wyboru. Thoreau napisał esej Gospodarka za pomocą romantycznej ornamentyki słownej (nie obce są tutaj między innymi pojęcia tajemniczości, indywidualizmu i fascynacji natury), kłuci się to z tematami, jakie w tekście porusza, codziennej tułaczce sprzyja styl oszczędny, nawet monotonny. Marazmem jest prowadzenie gospodarstwa w cyklicznym ruchu pór roku, gdzie przyroda obumiera i odradza się wielokrotnie, zawsze z taką samą aktywnością i podobnym skutkiem, dlatego rolnik powinien być zaopatrzony w umowny zestaw cech: staranność, bezpośredni emocjonalny stosunek (do całości i poszczególnych jednostek przyrody), współ-odpowiedzialność za środowisko i trwałość jego zasobów, pozbycie się anonimowości (jak w przypadku Thoreau). Opieka o dobytek to jeden z najczcigodniejszych i najbardziej autentycznych zawodów wykonywanych przez człowieka. Wyniki takiej pracy w dużej mierze zależą od poziomu etycznego i umysłowego trudniących się nim ludzi,
Farma (…) zaspokajała zarówno potrzeby ludzkiej duszy, jak i dogadzała chęciom cieszenia się dniem dzisiejszym”[1].
Im jest on większy, tym szerszy zakres spraw pozwala dostrzegać, podobnie wychowuje swoje młode kuropatwa, pozwala hasać gromadce, widząc niebezpieczeństwo momentalnie informuje o tym swoje młode, które się chowają lub nieruchomieją, a matka niezrażona przewagą napastnika odwraca jego uwagę,
„będzie kołysać się i kręcić przed człowiekiem”[2],
tak rolnik widząc chwasty plewi swój ogród i przejmuje kontrolę nad zaistniałą sytuacją, czuje się współtwórcą procesów przyrody, współdziała nie tylko pracą swoich rąk, ale także wyobraźnią i uczuciem. Potrafi zachwycać się urokiem i intensywnością powstającego życia, rozwijających się pąków kwiatowych, trzepotania skrzydeł motyla, kiełkujących pędów warzyw i bogactwem barw związanych z przemiennością pór roku. Dostrzega wtedy kosmiczny wymiar egzystencji i pracy. Thoreau celowo ograniczył obszar swojego gospodarstwa, jest na tyle duży, że zapewnia mu dostatek żywności (czyli „prosumpcja”, produkowanie nie na sprzedaż, tylko na własny użytek)[3], nie angażuje jednak całego jego czasu, pozwala więc na swobodny rozwój nie konformistycznych zainteresowań takich jak: liczne lektury, kontemplacja, obserwowanie natury.
Takie praktyczne zarządzanie czasem sprzyja wewnętrznemu ładowi oraz harmonii miedzy opiniującym umysłem i trudną do przeniknięcia i wyłamującą się spod jego kontroli sferą popędów, której patronem jest egoizm pojęty jako funkcja instynktów biologicznych. Ponad to Thoreau zakłada wprawdzie korelację miedzy procesami biologicznymi i warunkami bytowymi, niemal zupełnie jednak pomija oddziaływanie społeczne, jest niechętny rywalizacji, co nazywa czynnością „głupią” i poddaje w wątpliwość słuszność postępowania osób upodabniających się do innych[4], świetnie zostało uchwycone dążenie do uszlachetnienia poprzez wygląd zewnętrzny. Ubiór pozwala nam zaanektować cały system nowych wyobrażeń i pojęć, posiąść umiejętność eleganckich manier, wejść do świata dotychczas nie udostępnianego dla nas, ale to tylko pozory,
„jakże bowiem nowe ubranie ma pasować na starego, nie przeobrażonego człowieka?”[5].
Człowiek uwikłany jest w „siatkę” wpływów, biorąc do siebie zasłyszane słowa czyni je własnymi, żyje jakby „z drugiej ręki”, a opinia społeczeństwa przeważa nad autorefleksją, wówczas czyjeś zdanie jest ważniejsze od własnej wygody. „Podmiot jednostkowy, zamiast rozkwitać w świecie uwolnionym od sankcji transcendentnych, czuje się zagrożony przez nowy rodzaj „wpływu”[6]. Nauka polegająca na porównywaniu siebie do kogoś innego nie pozwoli odkryć naszych prawdziwych predyspozycji, uczymy się tylko ograniczeń osoby porównywanej, bardziej robimy to co nam mówią, niż żyjemy. Thoreau obierając własny sposób na życie oddala się od obcych wpływów, w esejach nie pojawiają się wzmianki, żeby poeta korzystał z czyichś rad, jest jakby głęboko przekonany o słuszności podjętych kroków, zdaje się mówić, iż można się chwalić swoim życiem tylko wtedy, jeśli było one godnie przeżyte i poszczególne kroki wykonywane były samodzielnie bez ramienia przewodnika. W takim wypadku unika się posądzeń o hipokryzję, bowiem ryzykuje się znacznie więcej niż opinię o sobie.
[1] D.H. Thoreau, Gospodarka, [w:] op.cit., s. 74.
[2] D.H. Thoreau, Zwierzęta sąsiadami, [w:] op.cit., s. 240.
[3] Termin pochodzi z książki „Trzecia fala” Alvina Tofflera, jest połączeniem słów produkcja i konsumpcja.
[4] „(…) biedni (…) uważają bowiem, że muszą mieć taki dom, jakiego właścicielem jest ich sąsiad” s. 56, „(…) jeśli idzie o odzież, nabywając ją, chyba częściej kierujemy się umiłowaniem nowości i opinią innych aniżeli prawdziwą jej przydatnością”. D.H. Thoreau, Gospodarka, [w:] op.cit., s. 43.
[5] Ibidem, s. 45.
[6] A. Bielik-Robson, Duch powierzchni. Rewizja romantyczna i filozofia, Kraków 2004, s. 107.
Napisane w Uncategorized
Marszolotek
34 – dni temu skręciłem kolano i poszedłem na pierwszy ogląd w szpitalu (od tego czasu nie byłem w stanie zanieść sobie do pokoju szklanki z herbatą)
26 – dni temu kolano zobaczył ortopeda, który zalecił zabieg artroskopii
13 – dni temu miałem robiony zabieg artroskopii, trwał niecałe 2h
12 – dni temu zostałem wypuszczony z kliniki, ściągnięcie drenu było najlepszym uczuciem w ostatnim czasie
8 – dni temu ortopeda zalecił mi ćwiczenia, które okazały się niezwykle pomocne w powrocie kolana do stanu pierwotnego
3 – dni temu spróbowałem poruszać się bez kul łokciowych, niezbyt zgrabnie jednak
dzisiaj – przyniosłem sobie szklankę z herbatą do pokoju!:)
Szczerze? Nie mogę się wciąż dołować faktem kontuzji, niepokoi dosyć, ale warto szukać w takim okresie pozytywów.
Napisane w Uncategorized
Wątpliwa pochwała walki
W kontuzji człowiek musi się pokrzepić od czasu do czasu. Przekonać się, że możliwe są powroty, a z im gorszej sytuacji się wychodzi, tym bardziej to wszystko smakuje. Jednak jak się pocieszyć? Najłatwiej filmem, ale jakim? Najlepiej typem od zera do bohatera, a jakiego rodzaju? Niech będzie o sztukach walki, boksie, tam gdzie aż kipi od emocji.
***
Traf chciał, że w ostatnim obrodziło dobrymi produkcjami. Jedną z nich jest z pewnością produkcja Darrena Aronofsky’ego pt. Zapaśnik. Z kilku powodów, po pierwsze reżyser – jeden z ryzykantów stylistycznych, nie boi się trudnych tematów i równie trudnych interpretacji reżyserskich. Po drugie Mickey Rourke – lubię jego aktorstwo, dziwią mnie jego wybory życiowe, z socjologicznego punktu widzenia to z pewnością fenomen. Po trzecie temat!
Randy jest zapaśnikiem wolnej amerykanki, gdzie więcej akrobacji niż uczciwej walki. Jednak zawodnicy są więźniami własnego ciała, cały ich wizerunek musi być dopracowany, wymaga to nieludzkich wyrzeczeń. Reżyser nie pomija subtelnych szczegółów, daje przekrój przez paletę czynności, które Randy musi wykonać, aby sprostać wymaganiom widzów, a najsurowszym krytykiem jest on sam. Jednak przychodzi moment próby, ciało utrzymywane na maksimum swoich możliwości przez dłuższy czas, postanawia się zbuntować i woła o odpoczynek. Randy musi zmienić swoje przyzwyczajenia, a także swoje plany, ułożyć życie doprowadzając do kilku łzawych historii po drodze, jednak w efekcie końcowym nie potrafi się wyzwolić z sideł bycia zapaśnikiem, czyli nie tylko profesji, a całego stylu życia. Mam wrażenie, że historia pokątnie opowiada o fakcie, że ciało może być dla nas narzędziem, ale raz smakując potencjału jaki może nam zaofiarować, już nigdy nie będziemy w stanie o tym zapomnieć i zacznie się powolny proces życiowej eksploatacji, gdzie nie ma wygranych, są tylko bardziej zmęczeni i ułomni. Film kończy się w bardzo inteligentny sposób, pokazuje jak silne są przyzwyczajenia, jak mocno określają człowieka, jak kierują jego poczynaniami (nie komentując ich słuszności), a przy tym nie zamyka się temat czy warto walczyć nawet przeciwko sobie, nawet z pozoru beznadziejnych warunkach. Organizm jednych upadając pozbawi nas wszystkiego co cenimy, inny zlepi z popiołu szlachetny charakter, właśnie tak ważna jest ostatnia ucięta scena Zapaśnika.
***
Długo unikałem innego filmu, nawet nie miałem dobrego wytłumaczenia dlaczego. Zawsze myślałem, że wielcy ludzie powinni odchodzić w sławie, może przez to ze strachu obserwuję powroty na ekran Clinta Eastwooda, może obawiam się słabszej formy. Kiedy dowiedziałem się o wysypie nagród dla tej produkcji, to ta informacja wstrzymała mnie na kolejnych kilka lat przed obejrzeniem, chyba nie chciałem potwierdzać swojej pomyłki.
Za wszelką cenę to opowieść o beznadziei, z której rodzi się mistrz, który siłą rzeczy wraca do sytuacji beznadziejnej. Akcenty zmieniają w nietypowy sposób dla filmów tego typu. W Zapaśniku oszczędzono kropki nad i, zaś w filmie Eastwooda nie dość, że ona występuje, to jeszcze z mocnym naciskiem. Potencjalny widz może zadać sobie pytanie, czy warto podejmować wyzwania? Czy warto snuć marzenia? I choć film porusza zakres odpowiedzi, to mimo wszystko nie powie wprost, z jednej strony nasycił swoją bohaterkę, z drugiej strony za nasycenie przyszło zapłacić. To nie jest film o powrotach, opowiada raczej o ich braku, o sytuacjach bez wyjścia, obejściu się smakiem. Dla mnie jest przypowieścią o tym, że nie wszystko zależy od nas, chęci i starania to jedno, rezultaty to zupełnie inna przestrzeń. I nawet nie da się zatrzymać chęci, one same napędzają tempo zmian, których nie da się przewidzieć.
Ciekawostka jest poświęcenie Hilary Szwank, która trenowała do filmu przez trzy miesiące po dwie i pół godziny dziennie na ringu i dodatkowe półtorej podnosząc ciężary, co spowodowało, że jej masa mięśniowa zwiększyła się o 5kg – to się nazywa poświęcenie. W moim odczuciu w filmie była bardzo wiarygodna.
Napisane w marszozachęta
Poradnik kajakarza

Szeroko rozumiane kajakarstwo można podzielić przynajmniej na kilka odmian, najbardziej popularną, która stała się już biznesem dla wielu, czyli odmianę turystyczną, ona także będzie nas interesowała najbardziej. Kolejnym typem będzie odmiana sportowa, która wymaga stosowania reżimu treningowego, a doprowadza do z czasem do rezultatów wybitnych.
Ostatnią odmianą będzie typ kajakarstwa górskiego, wymagającego innego zaangażowania, innego sprzętu, a także innych umiejętności. Wszystkie jednak odmiany nie mają do siebie znowu aż tak daleko, wymagają podobnego poszanowania warunków, z którymi przychodzi im się zmierzyć, a szacunek wobec wody wydaje się najistotniejszym w kajakarstwie. Liczy się współpraca pomiędzy rzeką, a człowiekiem, który samym czytaniem i projektowaniem tego, co się może wydarzyć w trakcie spływu, może zneutralizować jakiekolwiek zagrożenia. Dlatego tak istotnym wydaje się przygotowanie, umiejętność przeczuwania warunków rzeki, do której to my musimy się dostosować. Z czasem dochodzimy do wprawy, wiemy kiedy pozwolić nieść się nurtom, kiedy reagować ruchem wiosła, kiedy stosować bardziej wymagający manewr. Warto pamiętać, że to my jesteśmy gośćmi na rzece.
Podstawy sprzętowe
Nie każdy kajak zachowa się tak samo w tych samych warunkach, to podstawowa zasada w wyborze sprzętu pod konkretny spływ. Jeżeli nasza trasa wiedzie w dużej mierze wzdłuż jezior, bądź po rozlewiskach, ewentualnie szerokiej i stosunkowo wolnej rzece, to powinniśmy wybrać kajak z płozą, lekko cięższy, o klasycznej geometrii, taki na pierwszy rzut oka przeterminowany. Dzięki takiej konstrukcji pozwoli się on prowadzić w linii prostej, nie będzie czuły na każde machnięcie wiosłem, utrzymamy obrany punkt dziobem. Będzie on także mniej podatny na ewentualną falę.
Jeżeli jednak wybieramy się na rzekę węższą, starszą, a przez to meandrującą, lepiej wybrać kajak polietylenowy, o płaskim dnie, bądź z niewielką płozą. Wówczas nasza praca z łodzią będzie przebiegała sprawniej, będziemy mogli stosować dokładniejsze manewry, a także wprowadzać w ostatniej chwili korekty, bądź uniki przed ukrywającą się w nurcie kłodą, kamieniem itp.
Wybór kajaka zależy także od naszych preferencji, jeżeli mamy zaufanie do jednego typu łodzi, to może lepiej bronić swojego przyzwyczajenia. Zawsze wyeliminujemy możliwe zaskoczenia i słabą współpracę z kajakiem.
Z uniwersalnych porad należy przed wyborem kajaka sprawdzić jego stan techniczny. Obrócić kadłub i sprawdzić czy nie ma na nim pęknięć, odklejonych części gumowej obudowy, widocznych i wątpliwych miejsc, które już raz były podklejane. Warto zwrócić uwagę czy są obecne rączki, które pomogą nam w tzw. przenoskach. Siodełko powinno być wygodne, co jest wątpliwym warunkiem, bowiem nikt kto konstruuje kajaki nie ma jako celu głównego naszej wygody w siodle. Przede wszystkim zobaczmy czy nie ma ostrych krawędzi, a także, czy oparcie nie będzie nas za mocno ugniatało i rodziło odcisków. Jeżeli pływasz w fartuchu, to warto sprawdzić czy łatwo się odpina i to jeszcze przed wypłynięciem. Ważnym elementem są komory wypornościowe, sprawdź czy kajak jest w nie wyposażony, a także czy nic w nich nie przecieka, to sprawa bezpieczeństwa.
Co do wiosła przeważnie dostaniemy drewniane o prostej linii, sam preferuję takie rozwiązania, choć na rynku jest wiele ciekawych modeli, pokryte pianką, profilowane, stymulujące odpowiedni ruch wiosła w wodzie.
Jeżeli spływ nie jest krótki i płyniemy z ekwipunkiem, to należy zabezpieczyć swoje rzeczy. Nawet jeśli mamy wrażenie, że upilnujemy bagaż, to woda może dostać się z zupełnie innej strony i kłopot gotowy. Na rynku dostępne są worki przeciwwodne, zarówno materiałowe z podklejonymi szwami, a także bezpieczniejsze, ale też droższe gumiaki. Jeżeli nie jesteśmy pewni, że powrócimy jeszcze do kajakowania i nie chcemy inwestować w sprzęt, to polecam zastąpić workami śmieciowymi, z naciskiem, żeby były one grubsze. W pewnych punktach można dostać solidne i mocne worki gruzowe, one spełnią swoją rolę bardzo dobrze. Zamykając worek warto zostawić w środku trochę powietrza.
Musimy mieć na uwadze, że rzeka może od nas wymagać pewnych interwencji, przenosek brzegiem, odepchnięcia się nogą od kłody (czego odradzam), dlatego zadbajmy, aby nasze obuwie nie należało do drogich. Może równie dobrze zostać zassane na brzegu, bądź ześliznąć się nam z nogi.
Jeżeli nie jesteśmy zaawansowani we współpracy z wiosłem, warto zaopatrzyć się w rowerowe rękawiczki, one uchronią nasze nieprzyzwyczajone dłonie przed odciskami.
Do kajaka warto wrzucić także gąbkę (idealna wydaje się taka do mycia samochodów) do zbierania wody, bądź kubek, z czego gąbka wydaje się bardziej praktyczna.
Pod ręką warto mieć także pelerynę przeciwdeszczową, choć jeżeli zerwie się burza, to unikajmy otwartych przestrzeni na jeziorze, bądź odsłoniętych tras rzecznych, nie bez powodu tyle kłód leży w nurtach rzek, nie wszystkie są dziełem bobrów.
Przed pierwszym spływem
Kajakarstwo turystyczne nie należy do zbytnio wymagających rozrywek. Taka aktywność nie wymusza atletycznego przygotowania, aby przepłynąć do 20km dziennie wystarczy nam w zupełności siła, która już posiadamy. Choć lepsze wytrenowanie będzie przekładało się na bardziej komfortowy spływ.
Pierwsze przepłynięte metry będą już demaskowały nasze umiejętności, na ich podstawie można zaobserwować na ile potrafimy wczuć się w nurt, w to, co może nas spotkać na rzece.
W dwójce siadamy silniejszą i bardziej doświadczoną osobą z tyłu. O zachowaniu się kajaka decyduje w większości osoba, która steruje, a zdecydowanie łatwiej sterować będąc z tyłu.
Zanim jednak poruszymy temat techniki powiedzmy sobie o kilku podstawach.
Samo wsiadanie do kajaka może przysporzyć nam problemu. Są różne szkoły i różne techniki w zależności od warunków z jakimi przychodzi nam się zmierzyć. Jeżeli jest to możliwe, to należy wsiadać do kajaka równolegle ustawionego do brzegu. Nie każdy kajak jest tak wytrzymały jak polietyleny, więc wsiadanie jest czynnością delikatną, wręcz akrobatyczną, gdzie za duży przechył, bądź nasza nieuwaga, mogą się skończyć kąpielą. Jak tego uniknąć? Możemy ułożyć wiosło w poprzek ustawionego już kajaka, wówczas będzie on stabilizował czynność, wiosło opieramy o kajak za sobą. Możemy także przytrzymywać jedną ręką brzegu, a drugą kadłuba. Potrzeba matką nowych sposobów.
Kiedy już siedzimy warto zadbać o prawidłowy uchwyt wiosła. Kiedy stoimy z wyprostowaną w górę ręką to wiosło powinno być podobnej długości. Dłonie sytuujemy szerzej niż rozstaw naszych barków. Chwyt będzie polegał, aby jedna z dłoni była nieruchomo, zaś uchwyt drugiej będziemy modulować w trakcie spływania. Warto pilnować by ręka nie zginała się w łokciu. Wiosło łapiemy nachwytem, jeżeli posiadamy już na dłoniach odciski, bądź czujemy zmęczenie, warto zmieniać chwyt, na tzw. małpi, czyli kciuk dołącza do układu reszty palców, bądź podchwytem. Jednak nie czyńmy z tego zasady, a stosujmy tylko sporadycznie i z przymusu.
Pamiętajmy, że wiosłując nie pracuje tylko ręka, a cały tułów. Nie głaszczemy wody, a także nie przelewamy jej niedbale, ważna jest płynność i dokładność, ćwiczenie poprawnych odruchów. W tym miejscu powinienem opisać szczegółowo technikę prowadzenia wiosła, jednak uważam, że mija się to z celem w formie pisanej. Polecam zapytać doświadczonych znajomych, a najlepiej wybrać się wspólnie na spływ i poprosić o radę, jedną rzeczą jest wiedza, inną jej faktyczne zastosowanie. Najlepiej nauczyć się techniki poprzez rozmowę.
Osobnym tematem jest zakręcanie, z jednej strony możemy posłużyć się tzw. szerokim pociągnięciem, czyli ruchem od czubka kajaka, aż po jego koniec, pełnym półkolem. Wówczas pióro wiosła będzie napotykało opór, a my całym tułowiem musimy utrzymać szerokość ruchu. Ten typ nie powinien zwolnić naszego tempa, nadaje się przy szerokich zakrętach, gdzie nie napotkamy na dodatkowe problemy. Drugim ruchem umożliwiającym zakręcanie będzie tzw. kontra starem. Polega na równoległym ułożeniem wiosła do kadłuba kajaka i użycie go jako steru. Możliwe jest wtedy dokładne manewrowanie, jeżeli jednak ruch będzie za głęboki i za gwałtowny, to wyhamujemy kajak. Pamiętajmy by nie przechylać się do w przeciwnym kierunku zakrętu, możemy wtedy nabrać w najlepszym wypadku wody do kajaka, w najgorszym zaaplikować sobie kąpiel.
Interakcja z rzeką
Każdy spływ będzie polegał na naszej współpracy z zastanymi warunkami. Ważna jest obserwacji płyty wody, aby wychwycić w porę ewentualne zagrożenia i im zapobiec w porę. W dwójce istotna jest współpraca pomiędzy osobami w kajaku, przód jest oczyma, tył motorem. O możliwych zagrożeniach mówi nam już sama rzeka.
Jednym z sygnałów, których nie należy bagatelizować są bystrza. Możemy je spotkać w przewężeniach rzeki, kiedy woda przepompowując swój nurt przyspiesza i tworzy język bystrza przypominający literę V. Nie tylko przewężenia mogą spowodować bystrza, tworzą je także przeszkody zewnętrzne, na przykład leżące w nurcie kłody, wbite pale, które kiedyś tworzyły most, czy większe głazy. W bystrzach zachowanie kajaka będzie specyficzne, musimy uważać na siłę naporu wody, aby bystrze nas nie pokierowało na kolejną przeszkodę, bądź popchnęło w niepożądanym kierunku. Przy bystrzach warto być przygotowanym do kontry i wysterować nienaturalnie zachowujący się kajak. Uważajmy by manewr nie przyparł nas równolegle do przeszkody, bądź nie wbił nas wystający głaz, czasami lepiej wyhamować kajak i w kilku podejściach ustawić kierunek, niż za szybko wpakować się w przeszkodę, co może mieć różne skutki. Jeżeli nurt przygniata nas do przeszkody, należy wtedy odchylać burtę w taki sposób by woda nie wlewała się do kajaka, w takich warunkach zbyt łatwo o podtopienia.
Osobnym problemem są bystrza pod mostami, gdzie nierówna i nietypowa dla rzeki faktura powoduje tworzenie się fal, a także wymaga umiejętnego sterowania w labiryncie wystających przeszkód. W takich momentach ważna jest współpraca pomiędzy osobami w łodzi.
Jeżeli przed nami widzimy kłodę, to musimy odpowiednio wcześnie omówić sposób jej pokonania. Czy chowając się w kajaku przepłynąć pod, czy odpowiednio wybierając punkt starać się prześlizgnąć po niej, bądź starać się ominąć z bystrzem. Innym rozwiązaniem jest przenoska brzegiem, którą polecam w trudnych przypadkach, kiedy wątpimy w powodzenie innej strategii.
To jak rozwiązujemy problem na rzece musi brać poprawkę na nasze umiejętności, czasami lepiej nie kopiować manewrów, które podpatrzeliśmy u innych kajakowców, musimy wypracować własny typ pracy.
Podsumowując, rzeka nam nie przeszkadza zbytnio, ona prowadzi kajak, ona go kieruje, a my musimy czasami tylko pilnować by kierowała poprawnie. Nie bez podstaw mówi się, że spływy kajakowe to idealne okazje by podziwiać otaczającą nas przyrodę, a jak podziwiać kiedy wciąż nas coś niepokoi. Najważniejsze wydaje się uświadomienie sobie, że rzeka nie chce dla nas źle, że oferuje nam możliwości, a my powinniśmy z nich czerpać w pełni. Czerpać z uroków pojezierzy.
***
Tekst na zamówienie portalu turystycznego, który już wkrótce się pojawi w sieci.
Napisane w Uncategorized



