Napisane przez: marszoblog | Luty 7, 2010

Łapanie rytmu…

Po każdej kontuzji ważne jest wejście w rytm, w regularność, a gdzie jej szukać?  To proste, w… muzyce.

Sposób biegania ma sporo cech wspólnych z muzyką. Aż prosi się powiedzieć: “pokaż mi jak biegasz, a powiem Ci czego słuchasz”. Moja przygarbiona i niska na nogach sylwetka przypomiona zapijaczonych speców od szorstkiego bluesa, taką starą szkołę jak Ramblin Jack Elliott, najlepsi są jadnak biegacze z teledysków Fatboy Slima, bądź Prodigy, to oni wygrywają zawody. Ale jedną grupę naprawdę da się lubić, od nich warto się uczyć tego sportu, tej radości, beztroski i braku ciśnienia co do wyniku, charakteryzuje ich muzyka reggae, o choćby taka:

Napisane przez: marszoblog | Styczeń 21, 2010

Człowiek człowiekowi Pumą…

Kiedyś czytywałem Stachurę, nie specjalnie, bez przydechu, nie łapałem wówczas cytatów i nie wzorowałem się tą poezją. Powodów dlaczego moja lektura była raczej pochłanianiem wszystkiego co za splot liter być uznanym się wydawało, a nie budowaniem świątyni poety i wyrabianiem siebie poprzez jakże ciekawy PRZYKŁAD, znalazłbym dzisiaj co najmniej kilka. Jednak nie o tym teraz chciałbym, nie o tym bynajmniej.

Tam, w tej poezji – był sobie wiersz, była sobie historia, a leciało to mniej więcej tak: “…Człowiek człowiekowi pumą…” i leciało w trwogą, z przestrogą, z łapaniem za gardła, ze łzą, zrezygnowaniem. A gdyby znowu potraktować ten wyrywek poety w osobnym zupełnie środowisku, w innych czasach, w dniu dzisiejszym – to cytat poleciałby mniej więcej tak:  “Człowiek człowiekowi Pumą!”.

Jest taka Puma, jest taka inicjatywa, jest takie bieganie miejskie zupełnie. Prowadzi je dobry znajomy, a może i kilku, a i uczestniczą osoby dla mnie ważne, więc ten poetycki stan zadumy przekuwa się w biegowe święto treningu i rozmów, gdzie człowiek człowiekowi dobrze życzy, tempa dotrzyma i to z Pumą w tle, bo ta Puma to sponsoruje w sumie. Także inicjatywę zasiliłem, mam z nią plan pewien, więc zasilę kilka razy jeszcze.

PS. 4 trening po kontuzji zaliczony.

Napisane przez: marszoblog | Styczeń 20, 2010

Bieganie nie jest łatwe…

… o tym wie każdy – kto chociaż raz tego spróbował! Jeśli jednak masz to przed sobą – znajdź odrobinę odwagi, żeby spróbować tego wymagającego i trudnego sportu!

Choćby tutaj: QWOP

Moim rekordem nie jest żadna setka bynajmniej, a skromne 3,8m.

Napisane przez: marszoblog | Styczeń 13, 2010

5.58min/km

Z tytułowym tempem wraca człowiek po 7 miesiącach niebiegania. Długi był okres suszy, nie trafiło na łatwe warunki pogodowe w powrocie, ale najważniejsze, że kilometry się już nabijają, a licznik pozrywał pajęczyny i wrócił do aktywności. Nie wiem jakie mam możliwości, bo i lekkości nie mam podczas biegu, i biegam asekuracyjnie, z wyczuciem na każdy sygnał pochądzący z poobijanej giry, forma jest spacerowa, z naciskiem na typ marketowo-zakupowy, ale wracam powoli, staram się rozbiegać.

Powrót okrasiłem miękkim biegiem przełajowym, wchodzi w skład Grand Prix Poznania, więc jednak nie w cieniu, nie ze wstydem, a z wysokiego C. Zawody okazały się kapitalne pod wieloma względami, wynikiem się nie pochwalę, bo ciężko mówić, że to był jakikolwiek wynik, po prostu wystartowałem i dobiegłem bez przygód. I te zakwaszenie dzień po! Brakowało mi tych charakterotwórczych doświadczeń. Planem jest spokojne rozbieganie, do około 10km/tydzień i powolne podnoszenie poprzeczki połączone ze stojącym trybem pracy, a może za pół roku wrócę do rajdowania.

Wiecie jak przyjemy jest trzask śniegu pod butem, gdzie po 7 miesiącach każdy krok przypomina, że nadal można robić co się jednak lubi! Jak przyjemnie jest znowu wrzucić na siebie te obcisłe i obciachowe ciuchy.  Teraz jeśli tendencja się utrzyma, mam nadzieję utrzyma się także regularność na marszoblogu, który czeka na nowego współautora.

Myślałem, żeby wyznawać zasadę “co się da – póki się da”, ale kolana to nie plastelina, muszę z rozwagą wydłużać dystanse i poprawiać cele, nic na siłę, nic na hurra.

*Łukasz, pamiętasz swoje słowa? – Nowy rok, nowe siły. Obejmują i inspirują także mnie.

Napisane przez: marszoblog | Styczeń 12, 2010

Przypadki marszolekturowe cz.2

5 grudnia 2009 czasopismo Polityka opublikowała wywiad Marcina Rotkiewicza z antropologiem prof. Danielem E. Liebermanem, przemknąłby się może bez echa, ale…

W jednym miejscu napotkałem na bardzo ciekawe, ale też sympatyczne i budujące stwierdzenie, które jak to już bywa, w ustach naukowca – nabrało podstaw by się nim legitymować i podpierać. Tężyzna umysłowa potrafi uzasadnić każdą tezę, być może autor biega na codzień i szuka pierwiastków swojej pasji w głębokich pokładach swojej nauki, a nie byle jakiej przecież, bo nauki o człowieku! Nie buduję już napięcia, a pocytuję sobie:

“Marcin Rotkiewicz:  (…) Podkreśla pan wagę biegania. Dlaczego?

Daniel E. Lieberman: Bo to ono zmieniło bieg ewolucji człowieka.

M. R.: Pański kolega Richard Wrangham twierdzi, że to raczej ogień uczynił z małpy człowieka.

D. E. L.: Zgadzam się z nim co do tego, że gotowanie miało ogromne znaczenie. Jednak to bieganie było pierwszą przyczyną tych rewolucyjnych zmian. Teoria Richarda nie wyjaśnia np., dlaczego u naszych przodków przed 2 mln lat pojawiły się długie nogi. A tak w ogóle, co stanowi większy problem – złapanie zwierzyny czy jej upieczenie? Czy wie pan, kiedy wynalezione były łuki i strzały? 200-300 tys. lat temu. Więc przez prawie 2 mln lat ludzie musieli polować bez nich, mając do dyspozycji jedynie zaostrzone kije. Jeśli dałbym panu taką dzidę i powiedział, żeby upolował pan na afrykańskiej równinie antylopę kudu, to nie ma pan szans tego zrobić. Jest tylko jeden sposób – gonić zwierzynę przez wiele kilometrów, aż dostanie udaru cieplnego. I wcale nie jest to takie trudne. Nawet dziś robią tak plemiona łowiecko-zbierackie w Afryce. Dlatego bieganie najlepiej wyjaśnia cechy anatomiczne naszego ciała. Gotowanie zaczęło odgrywać bardzo ważną rolę, ale później.

M. R.: Jaki to ma związek z dziś żyjącymi ludźm?

D. E. L.: Jesteśmy urodzeni do biegania i żeby utrzymać nasze ciała w dobrej kondycji, powinniśmy to robić. (…)” str. 75

O lepszą pointę nie trzeba się już dodatkowo silić, piękne zakończenie rozpoczętej myśli, więc skoro powinienem… to wracam do biegania;) a i Wam polecam!

Napisane przez: marszoblog | Styczeń 4, 2010

Przełajam się z lekka…

W Nowym Roku się lekko przełajam…

Benek, biegacz na konkrecie, teoretyk z polotem, czasami z biegiem miasta, czasami w Maratonach – wspólnie ze swoim przyjacielem zorganizował I Grand Prix Poznania w biegach przełajowych. Ciekawa inicjatywa, która lepi pewne braki w tym biegowo usposobionym mieście z tradycjami…

Cóż ja nogi nie mam, nie mam kolana, nie mam formy, ale mam sporo złości, a jeszcze więcej chęci, żeby się w tym roku w jakimś procencie odbudować. Zawody będę traktował towarzysko, rajdy spacerowo, treningi bez guli, ale zacząć trzeba, to może być dobry moment!

Nie będę pisał o wynikach, bo ich nie będzie, nie będę pisał o swoich ecie-peciach, bo ich zawsze za dużo, ale zlinkuję za to dobre zawody! Właśnie te poniżej:

Napisane przez: marszoblog | Styczeń 4, 2010

“Nowy rok…

… nowe siły!

Napisane przez: marszoblog | Listopad 13, 2009

Rytmy Londynu…

Od jakiegoś czasu zadawałem sobie pytanie – czy fotografia miejska, rozumiana jako fotografia architektury, może być przyjemna dla oka, a tym samym wartościowa tematycznie. Dla mnie zawsze w sztuce najważniejszy był jest przekaz. Co mnie ostatnio podbudowało? Otóż brata mam zdolnego, zapracował na Akademię Nikona i ruszył na weekend z Leszkiem Szurkowskim do Londynu. I – chcąc nie chcąc – przywrócił moją wiarę, że w fotografii miejskiej można znaleźć coś ciekawego – rytmy, szramy, cięcia, brzytwy, siatki, wnęki i całą misterną przestrzeń człowieka. W topografii zawsze znajdzie się ukryty sens, ukryty kadr. Sprawdźcie – jeśli znajdzie chwilę – jak pozwolił się zatrzymać Londyn…

London Architecture

Napisane przez: marszoblog | Listopad 5, 2009

2km

W końcu od maja przebiegłem swoje pierwsze 2km, biegło mi się ciężko, jak na finiszu marcowej połówki, ale z jaką radością, że nic nie blokuje, że w ogóle mogę biec. Za wcześnie, aby głosić powrót, ale zawsze miłe doświadczenie…

Napisane przez: marszoblog | Październik 26, 2009

A tymczasem już jutro…

rusza liga NBA. Po niezwykle ciekawym okresie transferowym, kiedy to wielcy udowodnili, że można więcej/wyżej/drożej, pora na sezon regularny. Jako kibic tej ligi, czytelnik Supergiganta, postanowiłem zawiesić w sieci swoje przemyślenia i swoje nadzieje.

1. Będzie magicznie za sprawą ekipy z Orlando. Już mniejsza o Gortata, który zapowiada walkę o miano najlepszego rezerwowego ligi w tym roku, ale ten klub (finalista z poprzedniego sezonu przecież) dopuścił się rewolucji w swoim składzie.  W mojej opinii pieniądze jakie zapłacono Hedo Turkoglu są w dużej mierze wyśrubowane ponad poziom przyzwoitości, turek może w Toronto nie mieć z kim grać dobrej piłki, może nie udźwignąć metki gwiazdy zespołu, jego natura to jednak gra zespołowa. Magicy jednak nie czekali długo i skompletowali zespół na wskroś błyskotliwy, Howarda przedstawiać nie trzeba, Gortata też stać na niebanalne zagrania, Rashard miewa mecze genialne, Nelson w formie nie ma sobie równych, a dołączył jeszcze pochodzący z Orlando Vince Carter (król konkursu wsadów), silni Barnes i Bass, a na dokładkę Jason Williams – wirtuoz asyst. Ten zespół nie tylko będzie grał skutecznie atak/obrona, ale na dodatek widowiskowo, a momentami wręcz cyrkowo.

2. Kibicuję jednak od lat LAL. Zespół, który się odbudował dwa lata temu po kilkuletnim kacu spowodowanym odejściem O’Neala. Kobe nie dusi już rekordów, choć nadal nie lideruje jak MJ, jednak nie musi tego robić, bo siwy już zupełnie Phil wie jak dograć elementy układami. Nie bez powodu porównuje się dawne Chicago do tegorocznego garnituru LAL, dołączył Artest za Arizę (Houston), co jest szczyptą szaleństwa, bomba zegarowa zacznie swoje odliczać, ale z pożytkiem dla zespołu. Wierzę, że topór wojenny Bynuma z Philem już zakopany, ten młody center w tym roku pokaże swoje możliwości.

3. Jest jeszcze pakiet zespołów, które mają aspiracje mistrzowskie – Cavs jednak w mojej opinii nie dojdzie do finału ligi, a LeBron po sezonie zmieni środowisko (chciałbym, żeby było to NYK, niech marketingowcy zaczną kręcić swoim 0-błędnym kołem) – Celtics i kolano Garnetta mają rezerwę, jest nim Wallace, ale co roku Ray będzie wolniej biegał do kontr, a rzuty figurowe Pierca’a spowszednieją, z całą sympatią dla tych ambitnych tetryków, ale nie odważyłbym się postawić na Boston – SAS brać pod uwagę zawsze trzeba, ale kto jak kto, oni mają już solidną konkurencję.

4. Idzie nowe. Nr 1 draftu to tym razem Griffin, którego wizytówką są silne dunki, jednak jego LAC to jeszcze za młody zespół, choć popatrzeć warto. Chicago i Rose nie rozwiną się od poprzedniego sezonu gdzie postraszyli jednak w Playoffach, co było sporą niespodzianką. Są jednak zespoły na które po cichu liczę, największy progres ma szansę zrobić Memphis, do Gaya, O.J. Mayo i młodego Gasola dołączyli Zach Randolph – taran, który w każdym zespole czuje się świetnie, a jego grę mogę ocenić jako ironiczną, Thabeet – młody center z draftu i przede wszystkim mający ostatnią szansę na odejście w wielkim stylu A.I.

Kolejne składy dla mnie kompletne to Denver, Atlanta i Portland, byłem zadziwiony, że już w zeszłym roku nie siały postrachu, ale z jednej strony kontuzje (Oden, Melo), a z drugiej gorąca krew tych zespołów.

5. Żałuję składów jednej gwiazdy, takich jak Miami (Wade), New Orleans (CP3), Indiana (Granger), które tylko wstrzymują talenty swoich liderów, do czasu – bo albo nastąpią bunty na pokładzie, albo podzielą losy listonosza z Utah. Czekam na powroty Arenas (Washington), Tracy (Houston), koniec pieczenia babeczek, pora na Top 10 każdego tygodnia.

To tylko zostało nam czekać na start rozgrywek, a też nie byle jaki, bo pojedynkiem Cavs-Boston.

Napisane przez: marszoblog | Październik 15, 2009

Wykop PZPN…

…jako czytelnik Supergiganta, kibic zdrowych i czystych emocji sportowych, były trampkarz i junior drużyny piłkarskiej z miasta rodzinnego, poparłem akcję, która moim zdaniem jest ważna dla nas samych, dla naszego sumienia osób chcących dobrze, jednak wciąż wystawianych na próby charakteru. Dla mnie poparcie akcji jest staraniem o mniejsze dawki stresu w przyszłości, jest to inwestycja długoterminowa.

Zapoznajcie się z listem napisanym do prezydenta FIFA Josepha Blattera i prezydenta UEFA Michela Platiniego, a jeśli zgadzacie się z postulatami to dołączcie. Wystarczy wejść na stronę zlinkowaną poniżej i wykopać PZPN:

Napisane przez: marszoblog | Październik 14, 2009

A tymczasem w Redzie…

harpagan… już za chwilę wystartuje kolejna edycja Harpagana.

Brakuje mi tych zawodów, emocji im towarzyszących, najpierw dojazdu na północ, zwiedzanie pofałdowanych krajobrazów z okna w aucie, prób urwania kilku choćby minut na sen. Po czym szukania Bazy, zastanawianie się w którą stronę będzie kierunek pierwszego PK. Wejścia na salę, gdzie już wypatrywało się znajomych, gdzie połową sukcesu było miejsce pod śpiwór. Wyczekiwanie, a na godzinę przed startem intensywne przygotowanie, plecaka, odzieży, prowiantu, izotonika. Po czym nerwowa toaleta, a zaraz po niej wyjście na plac i wsłuchiwanie się w starostów, sołtysów i innych ważnych tego półświatka, którzy witając pytali: “…a jakie to zawody?”.  Później to już tylko wielkie odliczanie – kilometrów, PK, zakrętów, wody w bukłaku, osób przed i za sobą – jedna wielka matematyka harpaganowa. Będzie mi tego w tym roku brakowało, a jest to już drugi odpuszczony Harpagan.

Będę za to trzymał kciuki za walczaków o podium, za debiutantów, bo wtedy Harp boli najdotliwiej, ale przede wszystkim za Agnieszkę i Pawła! Zróbcie wynik, niech mi w pięty pójdzie! ; )

Napisane przez: marszoblog | Październik 10, 2009

A tymczasem w Poznaniu…

… pobiegnie rekordowy i jubileuszowy maraton, już przeszło 5300 zgłoszeń! Rzecz marzenie, pod nosem, a ja… będę wtedy w pracy i będę kibicował z odległości. Nie zabraknie na nim osób, na których dobrym wyniku mi zależy!

Szczególnie liczę na Olę, Zbyszka, Jarka, Przemka i Agnieszkę! Powodzenia!

Napisane przez: marszoblog | Październik 2, 2009

A kiedy mnie nie było…

Gdzieś przeczytałem, że kiedy człowiek zbudowany jest z licznych pierwiastków, w których zawsze jeden dominuje resztę i lideruje grupie. Kiedy mogłem biegać, to adrenalina związana z tą pasją i tym zajęciem była takim liderem, skupiałem się na wysiłku, treningach, bieganiu i zawodach. Reszta zainteresowań czekała w uśpieniu na swój moment, który mógł nigdy nie nadejść, gdyby lider nie czułby się osłabiony. Nie biegam, nie jest to także tajemnicą, więc zawrzało i doszło do zmiany w czołówce. Teraz skupiam się na pracy, ale przede wszystkim uczę się fotografii, konkretnej jej odmiany. Nie jest to temat marszobloga, który miał pewne wartości i pewną filozofię, która jest nadszarpnięta i wystawiona na próbę. Przygotowałem za to pewną ankietę, mam nadzieję, że pomożecie;)

Napisane przez: marszoblog | Wrzesień 27, 2009

Rurzyca rok później…

W czerwcu ubiegłego roku, czyli dawno, dawno temu, spływałem malowniczą rzeką – Rurzycą, poczyniłem nawet POST na ten temat. Wiedziałem, że powrót w tamte rejony jeszcze nie raz zaliczę i taki kombak już nie tak dawno zaliczyłem. Organizacja spływów dla znajomych przynosi wiele frajdy, jest to rzecz prawie terapeutyczna, bo podobno poprawia stosunki. Nie będę pytał o konkretne przypadki, nie taki charakter, ale jedno jest pewne – fajną mieliśmy ekipę, którą powtórzyć będzie (wbrew pozorom) bardzo łatwo – wystarczy, że popłyniemy ten sam skład, wzbogacony o dwie pary, na których też mi zależy.

Nie będę pisał zwykłej relacji, których jest już kilka, a skupię się na anegdotycznych aspektach spływania. Co zatem można spotkać na Rurzycy, a czego przed obecnym spływem nie wiedziałem:

1. Zaszczytne miano dostaną… Kormorany! Pamiętacie tkliwy utwór Piotra Szczepanika? Otóż są to ptaki, w których higienie niewiele jest dobrych przyzwyczajeń, a ich ślady z pełnym patosem potrafią urozmaicić krajobraz. Opowiem wam historię: rzeka się wiła swoim płynnym pluskiem, ocierając się o błyszczące kamienie, wirowała nurtem w napotkanych jeziorach, prowadziła ten kajak dumą i aż przyjemnie było skończyć dzień spływowy, aż przyjemnie było odnaleźć się na tej plaży ze spinającym go pomostem, po rozbiciu namiotu, po spojrzeniu w zachód, po wejściu na ten posągowy pomost… nie usiądziesz nawet! Przez kormorany oczywiście, dumę naszych jezior. Ale otwierać namiot i spłoszyć stado kormoranów? Bezcenne!

2. Kolejnym doświadczeniem wartym odnotowania jest jedyne przygotowane miejsce campingowe na Rurzycy, czyli leśniczówka Wrzosy. Znam kilku pretendentów na leśników, wiem, że nie pokuszą się o podobne cuda w przyszłości, ale wyjątki czynią życie ciekawszym. Otóż globalizacja w pełni i pewne przyzwyczajenia zaczynają od siebie czerpać wzorce, pewnie ma to jakąś psychologiczną nazwę, zatem włodarze z Wrzosów jeden trik stosują, jest to camping typu “Wszystko za 8zł”. W efekcie rozbicie namiotu to 8zł, jedna w nim osoba to kolejne 8zł, wiązka drewna do kominka (jest kominem, nie ma ogniska) to kolejne… nie tym razem, wiązka to 5zł. Jak na warunki turystyczne, zwane także polem namiotowym, nie jest tanio (delikatnie powiedziane), ale muszę być szczery do końca, w życiu nie widziałem lepszych toalet na campingu, socjal pełną gębą na celujący. Pięknym miejscem do rozbicia namiotów jest skarpa przy jeziorze, jednak nie polecam Wam tego miejsca, które z góry rezerwuję dla siebie.  Po reklamie.

3. Podczas tego spływu dowiedziałem się jeszcze jednej rzeczy, którą ~kati już wywołała poniekąd. Rurzycy nie da się przepłynąć w poprzek, mimo kilku prób, ale już tyłem owszem bez większych nawet problemów. Wszystko zależy oczywiście od umiejętności, nie piszę tego z przekąsem, a ze szczerej radochy, że spływanie można nazwać kolekcjonerstwem wrażeń. Wtedy właśnie jest pięknie, wtedy pamięć chce kodować wspomnienia.

Moi spływowicze, jeśli to przeczytacie, to musicie wiedzieć, że uważam przygodę zwaną “Rurzyca 2009″ za niezwykle udaną. Chciałbym, żeby każdy mógł się znaleźć na liście podziękowań z imienia, jak Was zapamiętałem w skrócie: moja dzielna muza Alicja; Zbyszko z Poznania – tak się poświęcał, że aż ryzykował sobą; Ola(la) – za dowód, że można mieć wielkie serce i silne ręce; Paweł – siła tkwi w spokoju; Marta S. – skrót zarówno od nazwiska, jak i od słowa “super”; Łukasz – w poszukiwaniu Eskalibura zwanego dobrym wiosłem; Ania – największe stężenie życzliwiości na cm2; Marta Z. – za emocje i walkę do końca; Maciej – siewco pozytywności; Marlena – zwana cwanym bagażem; Jarek – za wspólną walkę z materacem. Do następnego…

Starsze wpisy »

Kategorie